But first LET ME TAKE A SELFIE!

1. Odebrałam wczoraj gadżety na niedzielny Orlen Warsaw Marathon. Jestem w ekipie informacyjnej. Wdzianka są stylowe. Przy pomyślnych wiatrach i dobrych kosmetykach będę wyglądała jak kobieta-robotnik. Pomarańcz – odmiana “oczojebna”. Pobudka o 5, bo pod Stadionem Narodowym mamy się stawić już o 6, a nawet chwilę wcześniej. Good luck with that…

2. Wkurzam się. Który to już raz kiedy wkurzam się na swoją współlokatorkę? To taki typ człowieka, który mówi jak wiele zrobi po czym idzie spać. Dodatkowo, Ewa żyje miłością. Cały segment żyją tą miłością razem z nią, bo Brzydal jest u nas codziennie i się rządzi. Zdążyłam się dowiedzieć, że jestem pedantką (bo na mojej połowie podłogi nie walają się staniki zmieszane z włosami), że nie powinnam jeść tak późno i trochę poćwiczyć (komentarz do obiadu, który jadłam o 11 wieczorem, bo dopiero wtedy wróciłam) i że Ewa tyle czyta, a u mnie na półce jest może pół tuzina książek (Ewa książki kupuje, stawia na półce i idzie spać; so smart).

A ja, kurde, mam dość. Niech wreszcie znajdzie to mieszkanie i się stąd wyniesie, bo wyrzucę ją przez okno.

3. W środę jadę do domu. Hurra! A później myślę sobie o tej wszechogarniającej nudzie i robi mi się słabo. Planowany powrót: 21 kwietnia wieczorem.

4. 107

Wiosna spowodowała wysyp mdlących szczęściem par. Gdzie się człowiek nie odwróci – BAM! In your face! A ja się później zastanawiam wieczorem czy to spoko, że się z nikim nie spotykam, a jedyne spotkania z facetami to te, na których pijemy piwo i robimy z siebie pajace. Problem bezsenności rozwiązany.

5. Koleżanka zaznajomiła mnie ostatnio z czymś takim, co się nazywa Lorde i wygląda lekko przerażająco. Co prawda tekst “Royals” jest całkiem spoko i ten bicik też da się przeżyć, ale poległam przy oglądaniu teledysku. Przy każdym ujęciu tej dziewczyny mam dreszcze na plecach – czemu ona ma takie dziwne usta?… GDZIE PODZIAŁY SIĘ TE SPOKO KLIPY DO PIOSENEK, KTÓRE COŚ WIĘCEJ SOBĄ PREZENTOWAŁY NIŻ MNIEJ NIŻ PRZECIĘTNĄ TWARZ WYKONAWCY?

6. Z drugiej strony, kompletnie wpadłam w kawałek “#SELFIE” The Chainsmokers. No błagam! Selfies everywhere.

Downtown!

Znalazłam swoją piosenkę na weekend. Taką, która pomogła mi się trochę ogarnąć. Wreszcie posprzątałam, nadrobiłam chorwacki, angielski i wszystko, co zalegało na półce z napisem “You’re lost!”. Nawet wyszło słońce.

Stagnacja delikatnie zażegnana. nowy znajomy na pokładzie zmienił szarą rzeczywistość w odrobinę mniej szarą. Gdzieś tam przebijają się kolory nawet.

Nie mogę się doczekać już wtorkowego w Greenpeace. Lubię tych ludzi i lubię z nimi spędzać czas. A później jeszcze tylko do weekendu i Orlen Warsaw Marathon gdzie jestem wolontariuszką i będę udawać, że wszystko najlepiej wiem. W przyszłą środę wyjazd do domu i HURRA! Spanie w moim łóżku <3

Myślałam znów o tych moich studiach. Rodzi się jakiś plan, jakiś mały zamysł na samą siebie. Przyszłość wygląda jaśniej. A przynajmniej na dzień dzisiejszy…

https://www.youtube.com/watch?v=zHtuUfG3aqM

Budala sam!

Kiedy się jest dzieckiem to nie docenia się takich rzeczy jak umyte rano i wieczorem zęby. Na widok mięciutkiego, pachnącego łóżeczka ma się dreszcze, bo to oznacza, że trzeba skończyć zabawę i iść spać. Snu też się nie docenia – darcie pysia od wczesnych godzin porannych zawsze i wszędzie. Wieczorny prysznic jest udręką, bo mydło, bo szampon piecze w oczy.

Walk of shame do akademika dzisiejszego ranka był dotkliwy. Ubranie przesiąknięte smrodem z papierosów, guma do żucia nie pomogła na ten wątpliwej jakości zapach zmieszanego piwa z wódką i Mirindą. Zapobiegawczo starałam się nie patrzeć w szkła mijanych wystaw sklepowych, żeby nie przerazić się widokiem swojej twarzy z rozmazanym wczorajszym makijażem i związanymi w tłusty supeł włosami.

Blamaż! A Pani Mewa już tyle zrobiła!

Weszłam pod prysznic i to było to. Ciepły strumień wody, szampon, mydło, odżywka, żel do twarzy. Wyszłam lżejsza o jakieś pierdyliard kilogramów. A później w szlafroku zaległam na łóżku i to było takie miłe. Czarna kawa i orzechy nerkowca uzupełniły to, co wczoraj zastąpił alkohol. A później zaczęłam przeglądać Fejsbuki i inne duperele. I wieczór nabrał sensu.

Tak, są obowiązkowe selfies. Te rozanielone spojrzenia, te rozlane uśmiechy…

Boże, zaczynam się uczyć! Bo weekend znów gdzieś minie i co będzie?..

192

Mniej Fejsbuka, zdecydowanie mniej

Ludzie, którzy docenią Twoją inność – tych powinnaś się trzymać. Nie tych, którzy będą twierdzić, że ją doceniają.

 

Jakoś mi nie wyszedł ten dzień. Jedyne, co mi wyszło dziś to kasa z kieszeni i kilka włosów przy czesaniu. Wiośnie jakoś też nie bardzo idzie. Ogólnie w ten pierwszy dzień kwietnia niby słońce i wszystko, ale ZIMNO! To tak jakby ktoś mi dał cukierka, pozwolił go odpakować po czym stwierdził, że zje go na moich oczach. Mehh.

Obiecuję sobie, że od dziś dieta Mniej Fejsbuka. Nie służy mi to. Jeśli mam być szczera to zaczyna powoli nudzić. Sztuczność za sztucznością, a jak mam kogoś obserwować i co ten ktoś pisze i robi to i tak będę to robić. Koniec z wrzucaniem muzyki, którą lubię się dzielić –będę spamować swoją tablicę na soup.io. Minimalizacja lajków – po to są pearltrees, żeby kolekcjonować to, co mi się podoba. Wyczuwam dużo mniej zmartwień.

Ułatwiłam sobie życie. Ogólnie jestem ostatnio leniem. Nawet nie chce mi się przejmować, że koleżanka puściła mnie w trąbę i że jakoś mniej osób dookoła mnie jest. No cóż, nie mam raka, nie jestem sławna, mam za to trochę pieniędzy, ale tym akurat lepiej się nie chwalić. Ludzie patrzą na mnie i widzą.. No właśnie, kogo widzą? Szaleńca z Greenpeace z głową zanurzoną w feminizmie. Szczególnie to drugie mnie śmieszy, bo oni chyba wszyscy nie widzieli feministki z krwi i kości.

Ale tak – ostatnio ułatwiam sobie życie. Nie przejmuję się, robię wiele rzeczy, które lubię, które mi się podobają. Mam swoje życie poza uniwersytetem i mam Zdzisława (kicowe łóżko – to niezdrowa relacja..). Słucham sobie każdej muzyki, która mi wpadnie w uszy. Piję wino z owocami. Jem białą czekoladę. Gadam do kaktusa.

Bo to ok być samolubem raz na jakiś czas. Myśleć o sobie i mieć gdzieś innych. Na co dzień jest w drugą stronę.

Studenty, studenty – co z nas wyrośnie?!

 

Miał być sernik i Somersby (to nowe) z koleżanką. Sernik był, koleżanka była. Zdążyłam wrócić do swojego pokoju na 10 minut, przebrać się i odebrać telefon:

-Co robisz?

Zabrałam koleżankę z 1 piętra i razem poszłyśmy do innej, u której siedziało dwóch naszych kolegów. Spotkania bohemistyczno-kroatystyczne w oparach taniego piwa i równie tanich papierosów przy wątpliwej jakości serbskiej muzyce.

Taki kicowy folklor.

Powoli zaczyna nam to wchodzić w krew z Rafałem, że po imprezach razem śpimy. Miło jest się na nim wylegiwać. Bo podrapie, bo jest miły i miłe jest obudzenie się koło tak przystojnego, acz zajętego mężczyzny. Te kilka lat więcej, które ma świadczą tylko na jego korzyść. No i jest perkusistą. To też jakoś tam dodaje mu uroku.

Ale jedno, co mnie dziś nawiedziło skoro świt o 13, kiedy się obudziliśmy (współlokatorka zabiła nas śmiechem) to to, że udało mi się osiągnąć coś cholernie ważnego. Samoakceptację. Bo właśnie dziś po raz pierwszy stwierdziłam, że damn!, nie jest ze mną źle. Że jestem umiarkowanie ładna, że całkiem ok wyglądam. I boże – wyczuwam chodzenie w sukienkach cały przyszły tydzień z tej okazji.

Lustro przestało przerażać.

What if God was one of us?

Lubię siebie rano. Mam takie różne przemyślenia, na które nie stać mnie w ciągu dnia czy wieczorem, kiedy jestem zbyt zajęta spaniem. Dziś pomiędzy jednym ziewem, a drugim myślałam o tym jak bardzo inaczej wyglądałoby moje życie, gdybym wierzyła w boga. Nie jakiegoś konkretnego, ale jakiegokolwiek. Tak po prostu.

Może omijają mnie jakieś niezwykłe doznania psychiczne, duchowe. Nie wierząc w kogoś, kto wciąż nade mną czuwa, w rzeczy, które po prostu są i nie ma z nimi dyskusji, a których tak na prawdę nie mogę zobaczyć.

Ten dyskurs z samą sobą jest wciąż otwarty, bo potrzebowałam kawy. No i skończył się poranek. Trzeba było się ogarnąć. Poza tym chyba nie chcę niczego zmieniać. Jest mi dobrze tak jak jest.

Warszawo–ZAWODZISZ

Powiem wprost.

Nie podoba mi się zamiana Kina Femina na Biedronkę. Bardzo mi się nie podoba. A nawet ne sviđa mi se! Bo to takie miłe, kameralne kino z kilkoma małymi salami. Z klimatem. W środku miasta, bo przecież to al. Solidarności i dobry dojazd jest. Tanio, bo w Kinie Femina rządzi się Helios, który przecież ma bilety po taniości, fajne promocje i wszystko. No i w miarę krótkie bloki reklamowe, w dużej części składające się z teaserów filmowych.

Cytując Wikipedię: “Kino Femina jest najdłużej działającym obiektem tego typu w Warszawie, którego budowa trwała dwa lata, w okresie 1936-1938. W tym czasie budynek służył początkowo jako rewia dla oficerów niemieckich, a później teatr. Po 1943 roku zniszczony budynek zamieniono na składy magazynowe, służące do przechowywania materiałów budowlanych wykorzystywanych do odbudowy wyniszczonego miasta. Kino otwarto do ponownego użytku w 1958 roku”.

Dlatego boli mnie, że jedno z moich ulubionych kin stanie się sieciowym sklepem, którego nawet nie lubię. Nie podoba mi się decyzja, która została podjęta. I nie podoba mi się to, że nie mogę nic w tej sprawie zrobić.

Warszawo – zawodzisz. Czemu mi to robisz?

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 50 other followers

%d bloggers like this: