Feedback

Zaczął się nowy semestr. Zaczynam to czuć na własnej skórze. Masy tekstów do czytania, zadania na platformie internetowej, tłumaczenia, prace pisemne. Weee… Jednak mimo tego, że to już semestr letni, ciągnie się za mną zimowa sesja – jestem w jej połowie. Brakuje mi jeszcze kilku prac i egzaminów. Kocham swoją uczelnię. Kocham swój instytut. Kocham to, że nie mam dla siebie czasu.

Od marca ograniczam słodycze i fastfoody na rzecz siłowni i tony owoców i warzyw. Przez rok przytyłam 10 kg – w chuj. Nie mieszczę się w większość swoich ciuchów, a te, które jeszcze na mnie pasują zaczynają opinać się w każdym możliwym miejscu. Nawet Patryk przestał udawać i stwierdził, że faktycznie przytyłam. Nie da się już tego ukryć.

Uparcie trwam w swoim postanowieniu o niefarbowaniu włosów, ale jest ciężko. Mój umysł krzyczy, że to już czas na odświeżenie koloru, a najlepiej na wybór nowego, który zmieniłby mój wygląd. Ale nie!

 

Home. Shit (tl;dr)

Wiecie co? Głupota to moje drugie imię.

Po jednej ze sprzeczek z P. stwierdziłam, że jadę do domu na tydzień. Odpocząć, wylenić się, poczytać i robić wielkie NIC. Mieć spokój od studiów, od myślenia o studiach, od rozmów o studiach, o nauce na studia. Taki intensywny reset, żeby może było mi, do kurwy, łatwiej.

Spakowałam walizkę, władowałam się na Wschodnim do pociągu, przesiedziałam 5 godzin i wysiadłam na podparpackiej pizgawicy. Dobrze, że jakiś czas temu wyremontowali dworzec PKP, bo już pewnie wtedy dostałabym palpitacji serca. Ale bez dygresji!

W okolicy PKP jest firma mojego ojca. Podreptałam. Dzień dobry, ja do taty. Cześć, tato. Odwieziesz mnie do domu? Jedziemy. W 5 minut drogi tato uświadomił mnie jak wielka była moja pomyłka – przyjechałaś tu, żeby odpocząć od tematu studiów? Jak zobaczyłam jego rozbawioną twarz to miałam ochotę poprosić, żeby odwiózł mnie od razu na pociąg powrotny do Warszawy. I to szyb-ciu-tko!

No, ale słowo się rzekło – Ina u płota. Wchodzę do domu i okazało się, że dziadek akurat siedział z moim bratem. Mamy nie ma. Ci zdziwieni, bo nic nie powiedziałam, że przyjeżdżam. Zaczęła się charakterystyczna dla dziadka panika – bo on się nie spodziewał, nie ma porządnego obiadu, nawet ciasta żadnego nie ma, no armagedon gastronomiczny, a ja pewnie po 5 godzinach siedzenia i przysypiania pod oknem jestem tak głodna, że zaraz umrę. Bo przecież w tej Warszawie to mi ledwo na bułkę starcza z jogurtem… SZALEŃSTWO.

Po pierwszych ekscytacjach przyszedł czas na część, o której poinformował mnie ojciec w samochodzie. STUDIA. Temu człowiekowi nie można powiedzieć, że jest się zmęczonym studiami, że na uczelni odpierdala się taki cyrk, że nawet cyrkowców od Zalewskiego to przerasta. Mój dziadek stwierdził, że jak mi się tak nie podoba to pewnie jak przyjadę to powiem, że rezygnuję ze studiów. I to akurat teraz, kiedy zostało mi już tylko półtora roku! No wstyd i poniżenie przecież!

Jestem tu od wtorku. Mamy sobotę. Nie pojawiła się jeszcze chwila, w której nikt nie mówiłby o tym, że powinnam dokończyć studia. A wiecie, co jest w tym takiego zabawnego? Ja nigdy nawet nie powiedziałam w tych ostatnich rozmowach, przy tym całym burdelu w Warszawie, że chcę teraz przerwać studia. Nigdy. Nawet słówkiem. Po prostu wyraziłam swój zdecydowany sprzeciw w kwestii ujeżdżania nas jak dzikie osły w agreście. Tyle.

Ojciec był moją ostoją. Wyglądał na zafrapowanego tym tematem, ale jego argumenty i sposób ich przedstawienia zdecydowanie bardziej do mnie przemawia niż płacze dziadka („Bez studiów będziesz nikim, a ten papierek otworzy Ci wszystkie drzwi”) czy krzyki matki („Nie masz prawa skończyć teraz studiów, bo ja płacę za to, żebyś je skończyła!”).

Tu przechodzimy do innego zagadnienia, które pojawiło się w mojej rzeczywistości już jakiś czas temu. Pieniądze. Pieniądze rodzą zobowiązania. Nie powinno być tak w rodzinie, ale wszyscy jesteśmy ludźmi i różne rzeczy się dzieją. Wcześniej tak nie było, ale teraz zauważam, ze każda złotówka zapłacona na moje utrzymanie wszystkich boli. Zaczęło się wypominanie, ale też wymaganie, że skoro oni płacą to ja powinnam… I tu zaczyna się litania. Ja rozumiem i cóż – panie boże pieniężny, daj mi możliwość pogodzenia pracy ze studiami w przyszłym roku (akademickim, ofc) to przysięgam, że zacznę cofać przelewy od rodziny, bo mam dość wypominania i żali. No i chcę przestać się czuć jak jakiś wielki ciężar („W wakacje to my byśmy chcieli odpocząć od łożenia na ciebie, przynajmniej te 3 miesiące”). Cóż, dobrze, nie od dzisiaj jest mi znany ten tekst – mieszkałam z tymi ludźmi ponad dekadę, więc wiem, że to klasyka, żeby starczyło im na słoneczne wakacje za granicą.

W tym miejscu obiecuję sobie, że jeśli tylko się da, jeśli będę w stanie połączyć plan zajęć na UW z grafikiem w jakiejś firemce to zacznę cofać te przelewy (PKO, liczę na współpracę), bo też – ile można żyć za cudze pieniądze i być poddawanym wiecznej obserwacji czy przypadkiem nie wydaję za dużo. No kurwicy można dostać!

Tak, wylałam żółć swą. Ktoś przeczytał te wynurzenia? Jakieś wskazówki? Myśli? Krytyka? A może ktoś mnie pochwali, że tydzień przed 23. urodzinami podejmuję decyzję powolnego, bo powolnego, ale odcięcia pępowiny? Bo czas już najwyższy…

A tak w ogóle to na podkarpaciu słoneczko. Tylko pizga niemołosiernie. Jutro wracam do domu, do swojej Warszawy, do względnego spokoju, w którym tak na prawdę nikt nie wywiera na mnie presji. Tęsknię do Falenicy. I do Patryka.

Nowa karta. Polskibus.com. Rzeszów – Warszawa, jedna osoba. Bilet w jedną stronę. I’m comin’ home…

Polecam!

Jakiś czas temu czytałam wpis o serialach, które są warte uwagi. Znalazły się tam produkcje nie tylko zagraniczne, ale (CO SIĘ DZIEJE) i kilka polskich. Pozycji było około 10 – jedne znałam, drugie nie, ale poczułam inspirację. Wenę. Natchnienie.

Tak – napiszę o tych serialach, które ja uważam za zajebiste i warte zarwania dni i nocy. Z czystego lenistwa wybrałam 4 – dwa polskie i dwa zagraniczne. Zapraszam!

WAŻNE! PAZI! Nie jestem znawcą kina, opisy trącą amatorką i subiektywizmem. Proszę się z tym pogodzić i czytać albo oburzyć i iść dalej.

1. Lemony Snicket’s A Series of Unfortunate Events

Po dość słabym filmie z 2004 roku z Jimim Carreyem ucieszyłam się, że Netflix (którego serdecznie wszystkim tu zgromadzonym polecam) podjął się zekranizowania moich ulubionych książek, które pochłaniałam nocami kilkanaście (!) lat temu. Jeszcze przed oficjalnym thrillerem zachwycałam się obsadą (Neil Patrick Harris i Patrick Warburton – dziękuję, nie trzeba mi więcej), a po obejrzeniu zapowiedzi obiecałam sobie odciąć rękę jeśli nie dam rady obejrzeć tego serialu od razu, w dniu premiery.

Jestem zachwycona tym jak wiernie zostały odwzorowane opisy z książek. Że ich autor pojawił się w kilku scenach. Że role są wygrane, a scenografia i kostiumy sprawiają, że mam orgazm przy każdym odcinku. Do tego partie śpiewane – NPH z jego głosem wymiata. Co ponadto? Chociażby śmiałe odniesienia w dialogach do Netflixa czy zgrabnie wplątanie wątki, które znam z kolejnych (jeszcze niezekranizowanych) książek.

2. Pakt

Produkcje z Marcinem Dorocińskim szarpię jak Reksio szynkę – bardzo i intensywnie. Pakt dotąd dorobił się 2 sezonów puszczanych na HBO GO (oraz Torrentach). Długo można by mówić o obsadzie (mistrzostwo!) czy o scenografii (drugie mistrzostwo – Polska jak w mordę strzelił). Bardziej jednak zaciekawiło mnie to, że nie widać spadku między pierwszym, a drugim sezonem. Czemu tak się tym zainteresowałam? Pierwszy sezon jest wzorowany na Mammon (którym tez swojego czasu się fascynowałam), zaś drugi jest już realizacją samodzielną, która opowiada już inną historię, ale przy użyciu niektórych bohaterów z pierwszej części, więc mamy tu całkiem przyjemną kontynuację, a jednocześnie nie mielimy od nowa tego samego.

3. Rita

Drugi (i ostatni) z serialów zagranicznych to duńska produkcja licząca trzy sezony (na Filmwebie są oznaczone dwa) szkolnego szaleństwa. Główną bohaterką jest Rita, nauczycielka w duńskiej szkole, matka 3 dzieci w wieku szkolno-dorosłym (czyli same kłopoty). Rita to rozwódka lubiąca seks z przełożonym (dyrektorem szkoły), to wyluzowana społeczniara, to dobra przyjaciółka i czasem trochę gorsza matka.Każdy z odcinków przedstawia jakiś „problem” – mamy więc homoseksualizm, ciąże, biedę, aborcje, patologię, problemy związkowe i inne odbierające sen z powiek zagadnienia.

Oglądając Ritę warto zwrócić uwagę na postaci drugoplanowe, ponieważ są one tak niesamowicie wyprofilowane psychologicznie, że czasem Rita przestaje być głównym bohaterem.

Nie wiem dlaczego przed Netflixem nie słyszałam o tym serialu. Nigdy nie rzucił mi się w oczy na stronach, które oferowały naprawdę zróżnicowany wybór seriali, a był czas kiedy dość dokładnie zapoznawałam się z propozycjami polskich stron o tej tematyce. Anyway, szukacie czegoś nowego, czegoś, co odświeży wasze głowy po amerykańskich produkcjach? Obejrzyjcie Ritę. Naprawdę warto.

* Mnie tak ogarnął szał na punkcie tego serialu, że zaczęłam się nawet ubierać tak jak Rita – w koszule w kratkę. Na obcisłe jeansy trochę przygrubo, ale koszule – jak najbardziej!

4. Wataha

Watahę (PL) pierwszy obejrzał Patryk 2 lata temu i już wtedy stwierdził, że będę zachwycona. No i byłam. Podobnie jak Pakt jest to produkcja od HBO POLAND. Opowiada o straży granicznej w Bieszczadach. Mamy tu kilka ciekawych aktorów, którzy świetnie wgrywają się w rzeczywistość tego serialu. Piękne scenerie, zajebiste dialogi, wszystko wygrane jak należy no i do tego intryga. Są i strzelaniny i pościgi i morderstwa i jakieś seksy też są jak komuś brakuje w życiu. Każdy odcinek kończy się w taki sposób, że nie sposób się oderwać i nie obejrzeć „jeszcze tylko jednego następnego”. Sezon również skończył się tak, że miałam ochotę jechać do HBO i zmusić ich, żeby od razu nagrywali następny. Jestem bardziej niż szczęśliwa, ponieważ jakoś na wiosnę ma wyjść nowy. Thriller sprawił, że czekam z zapartym tchem…

BITCH I’M DONE face

Zaczęłam pisać post. Napisałam dwa akapity i stwierdziłam, że jeszcze nigdy w swoim życiu nie wysrałam takiego gówna bez polotu. Serio, po przeczytaniu tych wypocin chciało mi się rzygać. Za dużo bluzgam? To przez ten tydzień, przepraszam. A właściwie nie – mam dość przepraszania. Wszyscy chcą ostrej szczerości so be it. Zero fucks given.

3183_59c5.gif

Instytut rozdaje nam ankiety jak chora dziwka opryszczkę – na lewo i prawo. Ankieta dotycząca konkretnych zajęć. Ankieta dotycząca Instytutu ogólnie. Ankieta dotycząca spłuczki w damskim kiblu. Wszędzie ważne zdanie – liczymy na Twoją szczerą odpowiedź. Wiecie, co się dzieje, kiedy 20 wkurwionym dwudziesto-paro-latkom daje się ankiety, w których mają „szczerze” napisać, co sądzą o starych prykach z doktoratami? Cóż, z pewnością nie dzieje się brokat i jednorożce – bardziej coś w stylu Serii Niefortunnych Zdarzeń w zderzeniu z Ringiem. Ciemność.

3878_2436.gif

Wypełnialiśmy te ankiety bez zastanowienia. Chcą szczerze? Dobrze, będzie szczerze. Mnie to nie zaboli. Czy aby, kurwa, na pewno? Otóż nie! Tuż przed sesją, bez ocen – zostaliśmy wystawieni na odstrzał jak więźniowie pod ścianą. Niby nikt nie każe nam klękać czy zakładać rąk za głowę, ale uwierzcie mi – atmosfera jest tak mordercza, że nie potrzeba takich dodatków.

Ankietom daleko było od obiecywanej anonimowości – zdaliśmy sobie z tego sprawę już dwa dni po ich oddaniu. Z ust szanownych doktorów, habilitowanych lub nie, a także profesorów różnej maści popłynęły zdania pełne słów takich jak oszczerstwa, pomówienia czy nieskładne zbitki jeszcze się na was odegramy.

Cóż więc nam zostało jak tylko wściekać się na to, że byliśmy tacy głupi… Teraz mamy hm – przejebane mamy, nic dodać czy ująć. Z jednego przedmiotu 2/3 grupy są nieklasyfikowane. Nie do końca wiemy, czym różni się to od zwykłej dwói, jednak jakaś różnica chyba jest, bo prowadzący odmówił jej wpisania i pożegnał nas złośliwym uśmieszkiem.

W ten oto sposób włączył mi się hejter, wkurwiacz i przeklinacz, a w momentach krytycznych burczek i kopacz (niefortunna nazwa). Jedyne co poprawiło mi humor to fakt, że wygrałam kosmetyki z Beautikonu i będę miała małego misia Elmo do przytulania w trakcie maseczkowania.

16265265_1463705886972778_1294153854532914894_n.png

A tak to kutas. (znalazłam zdjęcie realnego kutasa obsypanego brokatem. prezentuje się bardzo estetycznie)

 

Donald Hrvat Tusk

Kojarzycie nagranie, na którym Donald Tusk śpiewa w Szansie na sukces?

Wiem, cisną się żarty, że nie wyszło mu na scenie, więc został politykiem. STAPH IT!

Donald Tusk wykazał się ostatnio chęciami, które szczerze doceniają Chorwaci, ale nie tylko.

Nagranie, na którym oratorskie popisy Donalda Tuska po chorwacku mnie zachwyciły, ukazało się na FB Dnevnik.hr. Z ciekawości popatrzyłam na komentarze pod jego wypowiedzią i co się okazało? Polak, Chorwat – dwa bratanki!

Chorwaci komentujący nagranie rozpływali się nad tym, że Polak mówi po chorwacku. Że ma chęć mówić po chorwacku. Że przyjechał i nie mówi po swojemu czy po angielsku tylko właśnie po chorwacku. Znalazło się kilka komentarzy od Polaków, którzy również znaleźli występ naszego byłego premiera w chorwackim parlamencie i nie oszczędzali na pochwałach.

Od siebie mogę powiedzieć, że lubię Tuska. W sensie czasem mnie bawi – to chyba dlatego, że na nagraniu z Szansy na sukces wyglądał trochę jak mój ojciec jak miał 18 lat. Ale tak, podoba mi się, że poza granicami Polski nie reprezentuje nas wyłącznie katopropaganda z prezydentem Budyniem Śmietankowym na czele.

Plus – czy ogarniacie jaką fajną babką jest prezydent Chorwacji – Pani Kolinda? #belikeKolinda

 

WOŚP #25

To już ćwierćwiecze. 25 lat wyciągania z Polaków tego, co jest w nich najlepsze. Dobroci, wielkiego serca i bezinteresowności. Tak dużo lat i tak dużo pieniędzy. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to coś po prostu pięknego.

Środek zimy. Plucha, śnieg, wiatr i oblodzone chodniki. Mimo to setki tysięcy wolontariuszy wychodzi na ulice z tekturową puszką i plikiem serduszek. Chodzą w parach, w grupach lub pojedynczo. Od tego roku już bardziej rozpowszechnione stało się noszenie przy sobie terminali płatniczych, co trochę odbiera uroku, bo jednak jest coś magicznego w podchodzeniu do puszki i wrzucaniu drobnych (lub nie) do środka.

Czy tylko ja czuję dobroć i szczęście po wrzuceniu pieniędzy do tej pstrokatej puszki? Czy tylko ja czuję się dumna z tego serduszka naklejonego na czapkę? Czy tylko ja patrzę na innych i szukam na nich znaku, że są ze mną w tej grze dobroczynności, którą 25 lat temu zapoczątkował koleś w czerwonych okularach? Czy to nie zajebiste, że jeden dzień w roku potrafimy się bardziej połączyć niż podzielić? Że przy puszce spotykają się wszyscy i każdy może powiedzieć, że miał do czynienia ze sprzętem WOŚP lub z zajęciami pierwszej pomocy, które funduje WOŚP? No przecież to aż kipi zajebistością!

W tym roku nie kwestowałam. W metrze wrzuciłam dziewczynom 20 złotych – z serduszka cieszyłam się jak gówniarz.

W tym roku siedziałam w sztabie WOŚP na UW. Liczyliśmy, jedliśmy i śmialiśmy się. Balon pękł mi w trakcie dmuchania i został mi ślad na policzku – wszyscy się śmiali z tego, że płakałam i śmiałam się jednocześnie. Była z nami Policja i Straż Miejska. Wolontariusze przychodzący rozliczać puszki byli przemili i cierpliwie czekali, aż wszystko przeliczymy. Udało nam się zebrać ponad 18 tysięcy. Jedna z puszek miała w sobie ponad 3 i pół tysiąca.

Przy każdym finale WOŚPu towarzyszy mi euforia. Lubię pomagać i lubię, kiedy inni pomagają ze mną. To miłe. I zajebiste.