Donald Hrvat Tusk

Kojarzycie nagranie, na którym Donald Tusk śpiewa w Szansie na sukces?

Wiem, cisną się żarty, że nie wyszło mu na scenie, więc został politykiem. STAPH IT!

Donald Tusk wykazał się ostatnio chęciami, które szczerze doceniają Chorwaci, ale nie tylko.

Nagranie, na którym oratorskie popisy Donalda Tuska po chorwacku mnie zachwyciły, ukazało się na FB Dnevnik.hr. Z ciekawości popatrzyłam na komentarze pod jego wypowiedzią i co się okazało? Polak, Chorwat – dwa bratanki!

Chorwaci komentujący nagranie rozpływali się nad tym, że Polak mówi po chorwacku. Że ma chęć mówić po chorwacku. Że przyjechał i nie mówi po swojemu czy po angielsku tylko właśnie po chorwacku. Znalazło się kilka komentarzy od Polaków, którzy również znaleźli występ naszego byłego premiera w chorwackim parlamencie i nie oszczędzali na pochwałach.

Od siebie mogę powiedzieć, że lubię Tuska. W sensie czasem mnie bawi – to chyba dlatego, że na nagraniu z Szansy na sukces wyglądał trochę jak mój ojciec jak miał 18 lat. Ale tak, podoba mi się, że poza granicami Polski nie reprezentuje nas wyłącznie katopropaganda z prezydentem Budyniem Śmietankowym na czele.

Plus – czy ogarniacie jaką fajną babką jest prezydent Chorwacji – Pani Kolinda? #belikeKolinda

 

WOŚP #25

To już ćwierćwiecze. 25 lat wyciągania z Polaków tego, co jest w nich najlepsze. Dobroci, wielkiego serca i bezinteresowności. Tak dużo lat i tak dużo pieniędzy. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to coś po prostu pięknego.

Środek zimy. Plucha, śnieg, wiatr i oblodzone chodniki. Mimo to setki tysięcy wolontariuszy wychodzi na ulice z tekturową puszką i plikiem serduszek. Chodzą w parach, w grupach lub pojedynczo. Od tego roku już bardziej rozpowszechnione stało się noszenie przy sobie terminali płatniczych, co trochę odbiera uroku, bo jednak jest coś magicznego w podchodzeniu do puszki i wrzucaniu drobnych (lub nie) do środka.

Czy tylko ja czuję dobroć i szczęście po wrzuceniu pieniędzy do tej pstrokatej puszki? Czy tylko ja czuję się dumna z tego serduszka naklejonego na czapkę? Czy tylko ja patrzę na innych i szukam na nich znaku, że są ze mną w tej grze dobroczynności, którą 25 lat temu zapoczątkował koleś w czerwonych okularach? Czy to nie zajebiste, że jeden dzień w roku potrafimy się bardziej połączyć niż podzielić? Że przy puszce spotykają się wszyscy i każdy może powiedzieć, że miał do czynienia ze sprzętem WOŚP lub z zajęciami pierwszej pomocy, które funduje WOŚP? No przecież to aż kipi zajebistością!

W tym roku nie kwestowałam. W metrze wrzuciłam dziewczynom 20 złotych – z serduszka cieszyłam się jak gówniarz.

W tym roku siedziałam w sztabie WOŚP na UW. Liczyliśmy, jedliśmy i śmialiśmy się. Balon pękł mi w trakcie dmuchania i został mi ślad na policzku – wszyscy się śmiali z tego, że płakałam i śmiałam się jednocześnie. Była z nami Policja i Straż Miejska. Wolontariusze przychodzący rozliczać puszki byli przemili i cierpliwie czekali, aż wszystko przeliczymy. Udało nam się zebrać ponad 18 tysięcy. Jedna z puszek miała w sobie ponad 3 i pół tysiąca.

Przy każdym finale WOŚPu towarzyszy mi euforia. Lubię pomagać i lubię, kiedy inni pomagają ze mną. To miłe. I zajebiste.

Rozpoczynam przygodę z Netflixem

Stworzyłam konto, podałam numer karty bankomatowej i przy okazji dowiedziałam się, że 2 maju mija jej ważność (przydatne, acz odległe w realizacji). Pierwszy miesiąc jest for free i mam zamiar testować serwis na Serii Niefortunnych Zdarzeń. Jeśli Netflix mnie zachwyci to chyba poświęcę te 3 dyszki miesięcznie na abonament. A później zastanowię się nad HBO GO, bo w tym roku wychodzi 2. sezon Watahy. Eh, ja – wiecznie nos w serialach…

Regulacja – palpitacja

4105_d741_520

Patryk to taka wielka drama queen. Wczoraj na zakupach zwróciłam mu uwagę na jakieś gówno, które odpierdalał przy kasie, po czym zostałam zakrzyczana i zwyzywana na parkingu w drodze do samochodu. Spojrzenia ludzi bezcenne, I must admit…

Co zabawniejsze, jaśnie pan najwyraźniej uważa, że należą mu się przeprosiny za to, że jest dupkiem i że nie potrafi znieść jakiejkolwiek krytyki kierowanej w swoją stronę. Od wczorajszych zakupów mamy ciszę w mieszkaniu i mrożące krew w żyłach 14 stopni, które wywołuje u mnie katar i grube skarpety. Gdzie są właściciele tego przybytku, w którym mieszkamy i czemu pozwalają nam tak okrutnie marznąć?

Pogoda też jakby się uwzięła. Niby -12, a odczuwalna prawie dwa razy taka. No hej! Ja wiem, że styczeń i że trzeba nam zmrozić polskie tyłki, ale czy na prawdę potrzebujemy aż tak mocno terapii szokowej?

Z innej mańki – czytałam Wasze posty i zadziwiająco większością obstajecie za tym, że postanowienia na nowy rok to niewarta zachodu mania. Niejako podzielam ten pogląd, kiedy widzę tych wszystkich ludzi wypluwających płuca na siłowni lub (o zgrozo!) w trakcie joggingu na świeżym powietrzu. Niemniej jednak uważam, że postanowienia noworoczne to taki miły zwyczaj – znów możemy sobie wmówić, że będziemy zdrowo jeść i prowadzić zdrowy tryb życia, że będziemy regularnie pisać i przeczytamy więcej książek niż w zeszłym roku. Ja w tym roku wmawiam sobie, że moje urodziny będą super (przez ostatnie 2 lata ssały bardziej niż najlepsze gwiazdy porno), a na wadze pojawi się liczba poniżej 70 kilogramów, która zasugeruje, że może w wakacje założę bez wahania bikini. Co więcej, obiecałam sobie, że codziennie napiszę jedną stronę w dzienniku (tak, znów naoglądałam się Bridget Jones, back off) i minimum raz w tygodniu na blogu (zamiast 5 postów w trzy dni, a później miesiąc ciszy). Jednym słowem stawiam na regularność. Oraz zabawę. I wypoczynek. No i seks z alkoholem – również w regularnych i zadowalających ilościach.

Ulubione

Właściwie to co – już po świętach. Prezenty rozdane, Smoleńsk omówiony, a wszyscy są niezdrowo objedzeni. To chyba definicja powiedzenia „święta, święta i po świętach”. Jutro teoretycznie jeszcze drugi dzień fiesty na cześć Chrystusa, ale let’s face it – najważniejsza szopka została już odstawiona.

8-1.gif

Nie wiem jak u Was, ale w mojej rodzinie kultywuje się niezdrowy zwyczaj składania spersonalizowanych życzeń. Żadne tam „Wszystkiego dobrego nam wszystkim”, bo przecież byłoby za łatwo. Podejść trzeba do każdego, ułamać mu opłatek i odegrać najlepszą rolę roku przy składaniu życzeń. Można załatwić to na poważnie i życzyć rozmówcy sukcesów w konkretnym jego działaniu (ja dostałam wszędzie szybkiej obrony magisterki…). Są życzenia wytrychy – zdrowia, pieniędzy i spełnienia marzeń (niestety, wychodzi na to, że nikt nie troszczy się o moje marzenia – dalej życzyli mi szybkiej obrony, a przecież to dopiero w 2018!). Najbardziej jednak uwielbione przeze mnie są te niezręczne życzenia, pt. „Ostatni raz widzieliśmy się w tamtym roku na święta, nie wiem jak tam Twoje życie, więc będę Ci życzyć miłości, szczęścia i czego tam sobie zapragniesz tylko już skończmy ta farsę”.

Może ktoś powie, że nie doceniam polskich świąt – nieprawda! Ja na prawdę je lubię. Niekoniecznie z powodów religijnych, ale społecznych. Czy któregoś naukowca nie interesuje to, co dzieje się w umysłach polaków w Boże Narodzenie? Może to opary czerwonego barszczu, który OCZYWIŚCIE musiał się rozlać na białym obrusie?

Szczerze interesuje mnie to, co popycha nas do głębokich dysput na tematy skrajnie różne – polityka, religia, seks, znaczenie snów i problemy z pęcherzem u rasowych psów. Poczułam się dziwnie słuchając o tym, jak mój tato w wieku bardzo młodym wylał sobie na penisa gorącą kaszę manną – serniczek nagle przestał mi smakować, kiedy mój mózg przyswoił informację i dopasował do niej ilustrację. Temat ten wypłynął przy okazji omawiania problematyki uchodźców w Polsce i dalej nie jestem do końca pewna jak do tego doszło.

2563_6f2f.gif

Święta wyciągają z nas polskość. Nie zrozumcie mnie źle – ja kocham polskość, jest taka memogenna. Sama przecież jestem polką i wiem, że nie jestem wolna od przywar. Ocenianie innych, zawiść i dwulicowość podszyta głębokim januszem naszego pochodzenia – to wszystko z nas wychodzi już przy pierwszym daniu.

Trochę odskoczymy, ale delikatnie….

W tym roku czułam się (jak co roku z resztą, cóż za los) jak na festynie rodziny G. Moje dwie idealne kuzynki i ich równie idealni rodzice swoim szaleństwem i narcyzmem zabijają we mnie ludzkie instynkty. Mam ochotę rzucać w nich karpiem i kulkami z kapusty z grochem (człowiek, który wymyślił tą zmyślną potrawę musiał bardzo nienawidzić swojej rodziny) za każdym razem, kiedy zaczynają mówić.

Starsza kuzynka mieszka w Berlinie, gdzie studiuje i sypia ze swoim dobrze urodzonym amerykańskim chłopakiem. Często podróżują, ale najważniejsze, że są „w centrum terrorystycznych wydarzeń”. Ujmę to tak – gdyby za każdą wzmiankę o Berlinie dawano mi złotówkę to dałabym radę spłacić swój debet w pół godziny.

Młodsza kuzynka to wyrób na wzór Red Lipstick Monster – przerost formy nad treścią jeśli chodzi o makijaż. Wytrawna znawczyni żeglugi i narciarstwa, gitarzystka lokalnego zespołu rockowego. Gdy mówi – wszyscy muszą milczeć. Zawsze twierdziłam, że będzie z niej królowa gawiedzi.

Wujostwo, po czterdziestce, z dobrze prosperującą rodzinną firmą. Ciotka przerost ego rekompensuje sobie hodowlą rasowych piesków – każdy wygląda jakby spotkał się ze ścianą, a przynajmniej szklanymi drzwiami. Wujek, wiecznie czerwony od śmiechu i wiecznie zakrzyczany przez ciotkę, z serią opowieści o wyprawach na psie konkursy.

I znów – nie zrozumcie mnie źle – na prawdę ich lubię. Co święta w milczeniu obserwuję jak roztaczają wokół siebie atmosferę uwielbienia do nich samych. Przyćmiewają każdego. Podejrzewam, że nawet wynalazca penicyliny okazałaby się zbyt mało zajebisty w ich obecności.

3183_59c5.gif

Cóż pozostaje mi powiedzieć – moi rodzice nie reklamują mnie i brata w taki sposób, w jaki robi to wujostwo. Właściwie to nie jesteśmy reklamowani nigdy. Pamiętam jeden jedyny raz, kiedy moja mama próbowała przebić się przez tą szybę płytkości – dziś pokornie dostosowuje się do panujących tu standardów.

Każdego roku pierwszy dzień świąt wygląda trochę jak spotkanie zarządu firmy przy pierniczkach w lukrze – godzinami słuchamy o drewnie i kontrahentach z Islandii czy innej Kanady. A to wszystko przerywane jest odganianiem psów, które bezczelnie pakują się wszystkim na kolana w nadziei, że dosięgną swoimi płaskimi mordkami do bigosu.

***

Mam nadzieję, że spędzacie wolne w spokoju, z najbliższymi, z którymi utrzymujecie kontakt. Że się nie przejadacie, że macie luz i urlop. Ja znajduję się na krawędzi i widzę, że w kącikach ust pojawił mi się już jad zniecierpliwienia. Ale nie zrozumcie mnie źle – ja to na prawdę lubię!

1088_0c71.gif

Podsumowanie 2016 (będzie długo)

Za tydzień święta, czujecie to? Te wszystkie wypieki, nerwówka dotycząca smaku barszczu i tego, że stłukł się talerz. Kolorowe światełka na choince i błyszczący papier prezentowy z kokardami. Wśród tych wszystkich emocji czas na zebranie tego, co działo się przez cały rok, zweryfikowanie zamiarów i bicie się w pierś.

Czas na podsumowanie mojego roku 2016.

Wróciłam do wpisu sprzed roku i powiem tak – chuj wielki i dwa bąbelki. Nie schudłam, nie mam krótszych włosów, zdecydowanie nie ogarnęłam się psychicznie. Z pracą też jakoś nie wyszło.

To był rok płaczu i zgrzytu zębami, rok przekleństw i zawodów, pełen strat i cierpień, które bynajmniej nie sprawiły, że stałam się silniejsza.

365 dni. Tyle wystarczy, żeby człowiek zmienił się w cień. Tyle wystarczy, żeby przestać być jedną osobą i stać się inną.

2016 rok to moja porażka i chyba o tym nie zapomnę.

***

Całość zdefiniowała ciąża i aborcja. Nie, nie będę się skarżyć, że było ciężko. Z nerwów i głodu nawet nie do końca pamiętam jak było. Mogę czytać tylko swoje wpisy z tamtych tygodni i ubolewać nad swoją głupotą – że dałam się tak załatwić.Niemniej jednak to właśnie tamte tygodnie sprawiły, że stałam się „nową osobą”. Zazwyczaj nowość kojarzyła mi się z czymś lśniącym, ładnym, zachęcającym. Cóż, ja re-definiuję to słowo.

Nowa ja to szara ja. Ja ze szczątkami swoich poglądów. Ja przemielona przez te 365 dni. Ja starająca się wstać mimo tego, że mam ochotę udusić się w uściskach kołdry. Ja próbująca się zabić i ja płacząca po kątach. Ja z dniami tak czarnymi, że nawet smoła nie wie już jak być czarna, bo ja jestem czarniejsza. Ja z takimi wahaniami nastroju, że nie mogę siebie samej znieść.

Ja w kuchni. Ja w sklepie. Ja na zajęciach. Ja leżąca, stojąca i klęcząca. Z zerowym libido, na tabletkach i z wiecznym pragnieniem alkoholu. Uzależniona od nie-chce-mi-się. Zatracona w wymyślaniu scenariuszy, w których wygrywam wszystko, w których błyszczę uśmiechem, w których nie jestem już smutna.

Ja doceniająca Patryka. Ja doceniana przez Patryka. Ja, idealna chujowa pani domu. Dzwoniąca do dziadka co sobotę i wysyłająca mamie jakieś durne maile – wszystko po to, by nikt się nie zorientował, że mam ochotę zniknąć.

Żyję w cieniu tej ciąży. Ona mnie zmieniła, tak jakby mnie wymazała i zostały tylko brzydkie smugi.

***

Skończyłam licencjat i poszłam dalej na studia po to, by dać sobie jeszcze czas. Nie wiem na co, ale w tamtym momencie potrzebowałam tego czasu. Nie doceniam tej edukacji, nie daję jej może należytej szansy, nie uważam, że należy jej się szacunek. A jednak codziennie rano wychodzę na zajęcia. Po to, by pokazać, że może nie jest ze mną jeszcze tak źle i że może jeszcze jakoś to będzie.

***

Odrzuciłam marzenia o pierścionku i o ślubie. Przykro mi się do tego przyznać, ale od jakiegoś czasu myślę o tym jak wyglądałoby moje życie, gdybym teraz odeszła i była znów singielką. Nie chodzi o to, że nie kocham Patryka. Kocham, czasem aż za bardzo; to boli. Bardziej chodzi o to, że nasze życie zwolniło. Już nie wychodzimy nigdzie, nie robimy jakiś rzeczy, a to mi nie pomaga. Weekendy spędzamy w domu albo u jego rodziców. Raz byli u nas znajomi – jego kolega z dziewczyną. Cóż mówić – upiłam się, ona też. Te pocałunki, które wymieniłyśmy w świetle telewizora były ożywcze. Jakby nagle do mojego krwiobiegu ktoś dodał jakąś substancję i sprawił, że przestałam widzieć w czerni i szarości. I to dało mi do myślenia najbardziej. I chyba dlatego powiedziałam Patrykowi, że nie wiem, co bym odpowiedziała gdyby teraz poprosił mnie o rękę. Bo wydaje mi się, że pojawiła by się odmowa transakcji zamiast akceptacji…

***

Podobno wszystko jest kwestią motywacji. Mam wstać rano i powiedzieć sobie „Today I will do things.” i faktycznie je robić (te things). Nawet jeśli jest brzydko. Nawet jeśli bardzo mi się nie chce. Nawet jeśli mam dużo innych rzeczy do zrobienia. Ale co wtedy, kiedy nie mam siły wstać?

Długo zastanawiałam się czego życzyłabym sobie w następnym roku. Było ciężko. Zdążyłam się popłakać i zjeść makaron, a na koniec dobiłam się maratonem z Bridget Jones i znów popłakałam.

W końcu wymyśliłam, ale nie wiem czy jest to mądre.

W 2017 roku chciałabym odzyskać szacunek do swojego życia. Chciałabym znów poczuć się sobą, a nie tymi smugami po gumce. To powinno wszystko rozwiązać.

***

Na koniec, bo było smutno, coś na uśmiech…

Ja z moim promotorem, który na instytutowe mikołajki przebrał się za Mikołaja.

15492403_1165097033611867_4527486799390797955_n

Nawet założyłam sukienkę, żeby było widać, że jestem dziewczyną 😉