Pacific

I wszystko skończyło się tak nagle. Jakoś się ucięło, z minuty na minutę. Już nie wiem czy to moja wina czy może on za dużo sobie dopowiedział. Ale zrobiło mi się tak przykro, i poczułam się tak samotnie. Wszystko się ostatnio rozpada. Gdzieś słyszę w głowie jak w sobotę powtarzał, że mogę na niego liczyć, a dziś… Dziś miałam wrażenie jakbym spadała.

Bitter sweet symphony

Macie tak, że w Waszym życiu jest osoba, która na nie wpływa? No napewno macie. Mama, wujek z wąsem, przyjaciółka, mąż, kochanek, bąbelek. Ktoś, kogo znacie. Ktoś, z kim widzicie się od święta, czasem częściej. Z kim dzielicie smuteczki, kto przyjmuje na klatę Wasz zasmarkany nos, bo nie chciało się założyć czapki i teraz rozkłada Was trzydniówka. Ktoś, z kim jesteście na zdjęciu wrzuconym na fejsa, kogo oznaczyliście na relacji na insta, u kogo śpicie gdy jest Wam źle i po prostu nie chcecie spędzić tej jednej nocy samemu, w pustym łóżku, przytulając się do poduszki. Ta osoba jest obecna w Waszym życiu, interesuje się nim, komentuje Waszą aktywność w sieci, bo jesteście daleko i nie możecie się zobaczyć, albo dlatego, że akurat ma coś do powiedzenia w temacie tego, co wrzucacie. To ktoś, kto martwi się, kiedy się nie odzywacie. Napisze, zadzwoni – tylko po to, żeby dostać informację czy wszystko jest w porządku.

Wiecie, kogo mam na myśli? Macie już tą osobę w głowie? Kiedy ostatni raz z nią rozmawialiście?

A teraz pomyślcie, że macie w życiu osobę, o którą nie prosiliście. Nigdy byście się nie poznali. Nie łączy Was praca, rodzina, zainteresowania. Jednak Wasze ścieżki, tak się zdarzyło, że się skrzyżowały. Na tym polega życie. Jedyne, co Was łączy to bolesne wspomnienie, zlepek nieprawd, trochę ciemności. I ta osoba, z którą nie macie kontaktu, bo po co, jest cały czas w śmieszny sposób obecna w Waszym życiu. Sprawia, że nie możecie czuć się swobodnie – i w Internecie, i w realnym życiu. Sprawia, że kalibrujecie swoje działania na jej korzyść. To ta osoba jest beneficjentem Waszego ukrytego profilu, Waszego braku wyjścia z domu, Waszej ciszy, kiedy chcecie się odezwać.

Nigdy nie uważałam swojego życia za tak ciekawe, żeby dorobić się osoby, która czuje potrzebę szukania mnie. Po co? Nie wiem. Bo jestem zwykłym ziomkiem z korpo. W sobotę rano chodzę po pomidorka do starszej pani na bazarku. W czwartki kupuję ptysia pychotka w piekarni Gromulskiego (jeśli nie jedliście – POLECAM MOCNO). Ostatnio byłam w Berlinie na kilka dni.

Popijam kawę z kubka w serduszka, doleczam katar, przeglądam stories moich znajomych. Czasem, tak jak w tym momencie, moja głowa produkuje różne scenariusze jak rozliczyć tą sytuację. Żaden z nich nie daje mi jednak satysfakcji i myślę sobie po chwili, że jestem za bardzo znużona. Tylko każde znużenie kiedyś się kończy. Nie znam osoby, która całe życie jedzie na neutralu.

Obsesje się leczy.

Przez pryzmat

Patrzę na swoje życie przez mój ulubiony filtr z InstaStories. Wieczór nad Wisłą z kumpelą z pracy, opijamy jej awans (nareszcie, Iza!) – New York filter. Jem owocowy deser za firmowy hajs – New York filter.

Mam atak paniki. Czuję, jakby ktoś wysysał ze mnie powietrze. Jakby świat się kurczył. Głowa pęka mi od szumu myśli. Nie mogę się skupić. Mięśnie napięte. Zęby zaciśnięte. Nie mam siły gdy łapię oddech, boli płuco. Jeszcze chwilę, schodzi ze mnie strach. New York filter.

Dzień Samotnych

Wizyta mojej mamy w Warszawie uświadomiła mi jak bardzo czuję się samotna. I jak bardzo jest mi źle. Zdałam sobie sprawę z tego, że brak mi bliskości, a jednocześnie tak bardzo się jej boję. Że to, co widziałam dla siebie jako plan na „za rok, może dwa” teraz nie jest nawet jedną z wielu opcji.

Wysłuchałeś mnie. Kiedy poprosiłam, żebyś został, mimo tego że minutę wcześniej byłam niemiła i powiedziałam coś, czego wcale nie myślę – zostałeś i przytuliłeś mnie. I tak trzymałeś mnie, a ja czułam jak schodzi ze mnie powietrze.

Cieszę się, że jesteś. Że przyszedłeś. Przez chwilę sprawiłeś, że jest mi trochę mniej źle. Trochę mnie samotnie.

Rano miałam atak paniki. Czuję, że muszę o tym mówić, że może w ten sposób oswoję lęki siedzące w mojej głowie. „Dzień zaczynam od wielkiego kurwa mać”, a kończę go napuszczając wodę do wanny i zanużając w niej głowę. Słucham bicia swojego serca, liczę każde uderzenie. Przez tą chwilę nie czuję się sparaliżowana. Czuję się jakbym mogła wzlecieć ponad siebie. Opuścić siebie. Na chwilę odetchnąć.

Minęło pół roku. Pół roku zanużania głowy co wieczór w wannie pełnej wody. Pół roku. A mam wrażenie, jakby pół życia.

Smażalnia

Jest dziś tak ładnie. Po szybkim prysznicu zmywającym 3dniowe upojenie alkoholowe, ruszyłam na wycieczkę. Jestem w jednym z moich ulubionych miejsc w Warszawie. Czuję się tu zawsze tak miło i bezpiecznie.

Pojechałam opalać się do Parku Skaryszewskiego ❤️ Rozłożyłam plażowy ręcznik, rozebrałam się do kostiumu i smażę swoje zwłoki.

Ból bólem, pizza pizzą.

Dziś jest ważne. Dziś pierwszy raz po prostu cieszyłam się, że wypiliśmy monsterka i zjedliśmy po kawałku pizzy. Dziś pierwszy raz nie rozpadłam się na kawałki z tęsknoty kiedy wracałeś do siebie. To nie zmienia moich uczuć, nie zmienia, że tęsknię. Sprawia za to, że łatwiej jest mi zasnąć. Dziś będę patrzeć na księżyc, po prostu zamknę w którymś momencie oczy i otworzę je dopiero rano następnego dnia.

Dobrze było złapać trochę innego. Nie bolą już tak płuca kiedy biorę oddech. Przynajmniej dzisiaj. A jutro będzie nowy dzień, zobaczymy jak będzie.