Rozmowa

Jesteśmy ze sobą 7 miesięcy. Znamy się prawie rok. Od początku było, no cóż- było zawaliście. Wiecie jak to jest czuć, że druga osoba uwielbia was takim jakim jesteście? Ja już wiem. Wiem jak to jest, kiedy druga osoba kończy moje zdanie wiedząc, co chcę powiedzieć. Kiedy patrzy się na mnie tak jakby nie było żadnej innej osoby na świecie, tylko ja. Najlepsza, najpiękniejsza, najinteligentniejsza.

Kiedy wróciłam do Warszawy po wakacjach – zamieszkałam w prywatnym mieszkaniu. Po roku szarpania się z akademickimi standardami stwierdziłam, że koniec – chcę odmiany. Miałam problem ze znalezieniem mieszkania, a wtedy on powiedział, że jeśli nie znajdę odpowiedniego miejsca to nie ma nic przeciwko zamieszkaniu ze mną.

Tak więc żyliśmy tą fantazją o nas- mieszkających razem w małym mieszkanku, które będziemy kiedyś wspominać myśląc o początkach wspólnego życia.

Podzieliłam sie z Wami momentem przekroczenia pierwszych 6 miesięcy. Życzyłam sobie, jemu, nam następnych 6 i jeszcze następnych. Nieskończenie wiele następnych 6 miesięcy. Ale im dalej od tamtego momentu tym bardziej mam wrażenie, że nie dotrwamy nawet do pierwszego roku.

Myliłam sie, myśląc, że wszystko jest dobrze. Dostawałam to, co chciałam. Każdy pogląd, który wygłaszałam zostawał przyjmowany. Każda zachcianka spełniana. A ja czuję się teraz jak oszust. Kłamałam samej sobie, że tak jest dobrze. Kłamałam, bo wczoraj usłyszałam wszystko od drugiej strony. Od tej, w której zniszczyłam jego aspiracje moimi poglądami. Jak w niektórych kwestiach po prostu sie poddał myśląc, że nie będzie w stanie mnie przegadać na swoją korzyść. Nie na tym to wszystko miało polegać.

Nie zamieszkamy ze sobą. A przynajmniej nie teraz. Tak długo utwierdzał mnie w przekonaniu, ze to najlepsze, co może nam się przytrafić tylko po to, by powiedzieć, że nie możemy ze sobą zamieszkać.

Czuje się jak przeszkoda dla mojego rozwoju. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, ze czuje się w pewnych momentach po prostu gorzej.

 

Nigdy nie lubiłam kompromisów. Zawsze uważałam je za porażkę. Ale teraz, kiedy widzę jak bardzo samolubna i destrukcyjna sie stałam – jestem gotowa na kompromisy jeśli to oznacza kochanie go, bycie z nim i spełniane moich ambicji. Na tym powinien polegać związek. Nie chcę się już więcej kłócić, nie mam już na to siły. Nie wiem, czy jeśli coś jest trudne do uporządkowania to znaczy, że jest złe.

Widzę, że jesteśmy destrukcyjni, ale nie jestem gotowa na żadne zmiany oprócz tych, które już zaplanowałam (które zaplanowaliśmy). Wiem, czego chcę i nie zamierzam ich zmieniać.

 

Po prostu wolałabym, żeby to wszystko nie było takie trudne do ogarnięcia. Chcę być od nowa szczęśliwa, bo wiem, że już byłam, wiem jak to smakuje, jak szczęście smakuje akurat z nim i chcę to z powrotem. I wiem, że on też za tym tęskni.

155

W punktach, bo jestem leniwa

1) Tak oto wybrałam w 15 minut tematykę mojej pracy licencjackiej. Nie to, żebym była na 100% pewna, że będę mogła się w przyszłym roku z moją grupą obronić. Bo nie jestem. Ale temat pracy- ważna rzecz.

2) Oscarów nie oglądałam. “Idy” też nie oglądałam. Właściwie to nie oglądałam chyba żadnego oscarowego filmu. No, oprócz “Interstellara”, ale to nie wiem znowu czy mogę zaliczyć, bo zasnęłam w połowie.

3) Podążam utarta w tamtym roku ścieżką bezsenności. No nie wiem, może moje alter ego boi się robota na Chodeckiej. W każdym razie – śnie, wytchnienie moje, Ty jesteś jak zdrowie…

4) Od nowa słucham na zapętleniu Born this way Gagi. Odjebało. No po prostu odjebało.

10421479_892888297408905_1728264771488167047_n

No nie mogłam się powstrzymać. Ta zacna twarz jakże zasłużonego dla ochrony życia już na poziomie “nieczystych myśli” (ja tam mam zawsze czyste myśli, nie wiem jak Wy – nigdy nie wsypałam sobie czegoś brudnego do głowy, żeby moje myśli mogły się zabrudzić. A nawet jak się zabrudzą to jest Vanish *brak lokowania produktu*) – po prostu musiała się pojawić na tej stronie. MUSIAŁA.

Zima zimą, ale wiosna już przyszła

Pierwszy dzień, w którym na serio czuć wiosnę. Po wczorajszych spięciach z Patrykiem – potrzebowałam słońca, potrzebowałam okna otworzonego na oścież cały dzień, potrzebowałam lekkiego, ciepłego wiaterku. Co prawda to trochę pojebane, że 23 lutego mamy wiosnę, ale cóż – dobrze było od rana ogrzać twarz.

DSCN0124Robot z Chodeckiej pozdrawia!

Jak być trollem we własnym związku

Celebrujesz przypisany na połowę lutego dzień zakochanych? Oszalałeś na punkcie sushi w kształcie serca i pluszowych misiów patrzących na Ciebie z wystawy każdego, nawet najmniejszego sklepu? Twoja druga połówka zaplanowała już cały dzień-  kino, spacer, jedzonko, seks? A może to Ty zamęczasz swojego partnera/partnerkę 14 lutego uważając tę datę za święto narodowe? W takim razie prawdopodobnie już za kilka chwil wylewnie złożysz (lub złożyłeś/złożyłaś życzenia swojej połówce (tym, którzy preferują procentowe walentynki – przemianujcie sobie ów tekst i przyrównajcie go do fascynacji butelką).

Kocham Cię. Kocham Cię. Kocham… Na pluszowych serduszkach złowieszczo wręcz błyszczą te dwa słowa sprowadzając mnie do rozmyślania nad tym, czy przypadkiem nie nadużywamy tego stwierdzenia.

Jeden dzień w roku. Ten jeden dzień, kiedy wylegamy na ulice z kwiatami, za łapkę, do parku, do kina, a pizzerie przeżywają szczyt sezonu zimowego. Szaleństwo pieniężne przypomina to, które istnieje każdorocznie, a dokładniej 31 grudnia na bazarach z fajerwerkami.

Tkwisz w popkulturalnym zgiełku wepchniętym Ci w głowę wręcz na siłę? Czas na radykalnego pawia tęczą. Kochasz? Okazuj to codziennie, nie od święta.* Wydane na prezenty pieniądze nie zmienią uczuć, a pozytywne wspomnienia można zbudować nie tylko na tle różu i czerwieni w akompaniamencie nietrafionych strzał Amora.

W walentynki siedzę w domu, z chorym dziadkiem. Patryk został w Warszawie, na odległość sprawiając, że czuję się jak największy troll, jak Grinch walentynek. Bo przełamałam stereotyp i nie przepadam za jednodniowym okazywaniem miłości – a przecież JESTEM KOBIETĄ i w mojej naturze powinno być wygrawerowane uwielbienie do grubych kupidynków i czerwonych róż zakupywanych przez kwiaciarnie w specjalnych, walentynkowych cenach.

Od dawna uważam, że walentynki to sztucznie nadmuchane święto miłosnej hipokryzji. Dałem kwiatki 14 lutego i 8 marca (uwielbiam komentarze w stylu “ok, to nie dostaniesz kfiatka!”, koniecznie z męskim fochem w zestawie, KONIECZNIE), a seks zakończył się nie tylko moim orgazmem? No to teraz się OTCZEP. Ubrałam się w coś ładnego i byłam cały dzień miła, a na koniec nie wykręciłam się od seksu? No to teraz się OTCZEP.

Wpadnijmy w rutynę i czekajmy na lekko przywiędłe kwiatki w dniu 14 lutego. Zapijmy czerwonym winem czekoladki w czerwonych pudełkach. Ok.

A ja i tak będę wciąż i wciąż twierdzić, że miłość ma smak i zapach tego momentu, w którym się ją poczuło. I nie wiem jak Wy, ale ja zdecydowanie jej nie poczułam w lutym.

anigif_mobile_adfe0dd956107f1cd3fb644ce6072610-9

*przyczyniam się do wzrostu alkoholizmu, przepraszam (w nawiązaniu do wcześniejszych części tekstu) ;D

Emocjonalna sraczka

Czytałam dziś Jaskiera z rana. Mówi, że on i jego dziewczyna nie idą na “50 twarzy Greya” w walentynki. Bo po co dołączać do tego gimnazjalnego szału skoncentrowanego dookoła fikającej bogini w ubraniu z linek i z plastikową kulką w ustach?

Połowa lutego doprowadza mnie do szału, a w tym roku najbardziej. Z okazji sraczki pijarowców wyżej wspomnianego filmu byłam zmuszona do odsubowania kilku portali. “Wybierz się ze swoją drugą połówką na najbardziej oczekiwany film 2015 roku” – a co w sytuacji, kiedy w 2015 roku czekam na “Age of Adaline”? Czy ktoś mnie zaprosi w tym stylu do kina jak zapraszają (a wręcz naganiają-nie przypominam sobie, żebym była krową na pastwisku…) mnie agencje reklamowe “50 twarzy Greya”?

Pocieszające jest za to to, że “Ziarno prawdy” doczekało się uznania i rozreklamowania, bo warto. Polecam. A jeszcze bardziej polecam książkę. Chociaż biorąc pod uwagę obserwacje dotyczące zachowania moich znajomych w stosunku do “50 twarzy Greya” to nie sądzę, by porwali się na coś bardziej ambitnego niż re-read “50 twarzy Greya”. Wydaje mi się, że Playboy ma więcej wartości poznawczej niż trylogia o Greyu.

Niech Wam się nie udziela emocjonalna sraczka co do tej jednej ekranizacji, proszę. Może jest dla nas wszystkich jeszcze jakaś nadzieja. Bo jeśli idziemy na odbiorczą łatwiznę bez żadnej wartości to niestety, ale będziemy mugolami (bo sztuka czytania zaniknie).

4698_c0c1_520