Zaskoczona ja

W pierwszej klasie liceum spotykałam się jeszcze z ówczesnym chłopakiem – Bartkiem. Kochałam go na zabój, z reszta nadal żywię do niego głębokie uczucia (szkoda, że nie mogę powiedzieć o nim tego samego). Ale nie o nim jest ta historia.

Liceum jest po gimnazjum czymś dla dziewczyny, co trudno zdefiniować. Z jednej strony czuje, że wchodzi w ten “dojrzały świat”- nauczyciele straszą maturą już od pierwszego dnia, zaganiają do nauki, do zajęć po lekcjach, do jakiś dodatkowych aktywności na rzecz szkoły, pojawiają się już nie byle jakie obowiązki. Z drugiej ma świadomość, że to jeszcze nic. Liceum – to tylko kolejny etap po gimnazjum. Nic wielkiego. Później będą studia, praca, rodzina..

W środku tych wszystkich sprzecznych uczuć byłam ja – całkiem zakręcona, na wpół świadoma samej siebie – ja. Z chłopakiem, koleżankami, ukochanymi dziadkami, którzy właśnie przeprowadzili się bliżej nas. A tu jak na złość – piękny nauczyciel od fizyki (eh, przedmiot znienawidzony, ale nauczyciel..) z czarującym uśmiechem, z ciemnymi oczami. Jak filmowy amant wchodzi do sali po dzwonku i stwierdza, że będzie nas w tym roku uczył fizyki, że ma 23 lata i że chce nas poznać, żeby dobrze nam się pracowało. Odpadłam. No bo jak mogłam nie odpaść?!

Pamiętam, że na koniec każdej lekcji mówił dwóm osobom, że będzie je pytać na następnych zajęciach. Dawał nam przewagę, bo nie tylko uprzedzał, ale naprowadzał nas na to, jakich pytań możemy się spodziewać. Swojej kolejki doczekałam się przed końcem pierwszego semestru. Przygotowana jak nigdy, z pięknie przepisanym zeszytem, po sprawdzeniu obecności zostałam wywołana do jego biurka. Kazał mi usiąść naprzeciw siebie, otworzył mój zeszyt i dokładnie go przejrzał, po czym się uśmiechnął. Usłyszałam wtedy, że jestem diabelnie inteligentna, ale z fizyka to ja nie mam nic wspólnego i że on mi da 5 z odpowiedzi, bo mam ładny zeszyt i podobają mu się moje kolczyki. To była jedna z tych piątek, które podziwiałam do końca roku (druga i ostatnia była z biologii za sprawdzian z mitozy/mejozy).

Chyba każda dziewczyna ma w swoim życiorysie nauczyciela, który wywarł na niej jakieś wrażenie. Mogłam z niego żartować, mogłam wchodzić mu w słowo, mogłam zrywać się z jego lekcji – zawsze miałam ok oceny. Na koniec dostałam 4, za co byłam bardzo wdzięczna. Z radością poszłam wręczyć mu jeden z tych zwiędłych róż za 2 złote, tylko po to, żeby mnie zapamiętał. Pamiętam pieczołowite przygotowania stroju i te kilka słów, które miałam mu powiedzieć w imieniu klasy, że bardzo mu dziękujemy, bla bla bla. W drugiej klasie uczyła nas już podła Magnesica, bo on odszedł ze szkoły z powodu afery ocenowej (klasy podrabiały oceny z fizyki – nasza też – i we wszystkich sprawa się wydała, tylko nie w naszej. No cóż, to ja wpisywałam te oceny, a jak wiadomo – jestem diabelsko inteligentna!).

Do czego prowadzi ten obszerny wpis? Do tego, że dziś, w Dzień Dziecka nie dostałam e-booka, o którym marzyłam, ale odezwał się do mnie właśnie on. Mój licealny, filmowy wręcz, nauczyciel fizyki. Napisał. Pogadaliśmy. Po trzech latach przeszliśmy na “ty”, co było jednocześnie zaskakujące i bardzo miłe. Potraktował mnie tak jak zawsze – jak równą sobie, pytał o plany, o studia, jak poszła matura..

A ja wróciłam myślami do pierwszej klasy liceum i przypomniałam sobie zakochaną w Bartku dziewczynę, która była oczarowana 23-letnim nauczycielem fizyki, który przez dziesięć miesięcy trzymał ją w szachu swoim uśmiechem.

To miłe – tak powspominać. To pomaga sobie uświadomić jak daleko jest się od danego momentu i jak wiele jeszcze można osiągnąć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s