Viking god of sexy

Długie, pomaturalne wakacje zioną nudą. Serio. A może tylko dla mnie. Inni poszli do pracy albo gdzieś wychodzą. Ja czytam. I oglądam. Dużo. Seriale i filmy. Łącze domowe jest cały czas przeze mnie zablokowane, czym bynajmniej nie budzę sympatii wśród innych członków rodziny. Ale czy to moja wina, że wakacyjna nuda pchnęła mnie w objęcia 5 sezonów “True blood”, które zapragnęłam obejrzeć jeszcze raz?

“True blood”, czyli jak przekonać mnie, że nie każdy amerykański serial jest pusty, bez wyobraźni czy zwykłego realizmu. Nie ma tu błyszczących, ogromnych powierzchni, porażających odbiorcy swoim perfekcjonizmem. Postacie są ok, w sensie, że nie są przerysowane. Lafayette rozśmiesza swoimi gestami dokładnie w tych momentach, kiedy jestem rozdrażniona irracjonalnym zachowaniem głupiutkiego Hoyta.

Z sezonu na sezon, “True blood” zyskuje na jakości. Historie bohaterów są dopracowane, sami bohaterowie są dopracowani.

W każdym serialu mam swój ulubiony sezon. To nieodłączny element mojego pochłaniania wyreżyserowanego życia. W przypadku “True blood” moje ulubienie przypada na sezon 4, w którym Eric jest tak mocno wyjebany w kosmos, że nie da się go nie lubić. A propo Erica – czy to dozwolone, żeby mężczyzna był tak fajnie wysoki i miał tak bardzo ładne uszy?..

Co kręci w “True blood”? Muzyka. Charakter serialu. Jego klimat. I Eric. Bez niego nie byłoby tak jak jest.

55288-20100717112637

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s