Wędkarstwo

Siedzę sobie nad stawem. Właściwie to zastanawiam się nad tym, dlaczego tu siedzę, bo nie to, żeby towarzystwo było przednie – wędkarze. A jak to wędkarze – starsi, z piwkiem, zazwyczaj milczący. Nawet pogadać się nie da, bo niby im ryby nie będą brały. A czy rybom nie przeszkadza fakt, że 20 metrów dalej jest supermarket (na miarę mojego miasteczka..) i ulica – ostatnio całkiem ruchliwa?

No cóż – siedzę. Dobrze, że jest na czym siedzieć. Trochę zimno, wiaterek powiewa, beton nie grzeje, słońce przegrywa walkę z chmurami. Patrzę sobie dookoła. Drzewka, sklep, osiedle mojego Dziadka, skrzyżowanie, drugie skrzyżowanie i rozjazd, osiedle domków jednorodzinnych. Ludzie, ptaki, śmieci, jakieś patyki. Z tyłu coś jakby ta niewydarzona rzeczka, która bardziej śmierdzi niż płynie.

Tu mieszkam. Nie ma co ukrywać – dupa. Zadupie w sensie. Największą atrakcją jest zamek. I park. I powozownia. Od jakiegoś czasu maneż. Byłam tam raz. Nic nadzwyczajnego.

Od jakiegoś czasu obserwuję tę dziewczynę. Siedzi tak jak ja, ale jakoś tak nerwowo. Nogą rusza co chwilę, a ma takie ładne buty na obcasie. I sweterek też nie najgorszy. Czasem obraca głowę – prawo, lewo, prawo, lewo. Czeka? Może ma manię prześladowczą? Tak jak słońce przegrywa walkę z chmurami, tak fryzura dziewczyny przegrywa z wiatrem. Z tej odległości jej włosy wyglądają jakby były z waty. Brązowej waty. Jakoś tak się układają jakby nie były z pojedynczych pasm, ale z watowej całości.

Wstała. Jakoś nienaturalnie. Za szybko. Za sztywno. Włożyła ręce do kieszeni. Jest niesamowicie wyprostowana. Teraz już rozumiem, co znaczy “połknąć kij” – chyba się najadła przed wyjściem.

Podchodzi do niej chłopak, ma na ramieniu torbę. Luźna kurtka ładnie na nim wisi. On w porównaniu do niej jest spokojny, jakby był na wszystko gotowy. Staje przed nią – coś mówi, podaje jej torbę. Przez chwilę się dotykają, a ona jakby traci swoją sztywność, ale nie w ten miły sposób. Wygląda na zrezygnowaną. Nadal on mówi, ona patrzy przez niego. Potrząsa ją za ramię, a w nagrodę dostaje w twarz. Nie jakoś mocno. Tak zwyczajnie. Wygląda na doprowadzonego do porządku. Coś mu powiedziała, ale nie była zbyt wylewna; minęła go i poszła.

On też poszedł. Tym razem był sztuczny, nienaturalny i jakby zakłopotany. Przechodzi za moimi plecami, strasznie głośno przechodzi.

 

Siedzę. Staram się sprawdzać pocztę (dzięki, Dziadku, za tableta), ale czuję, że coś mi umyka. Jakbym miała to na samym wierzchu mojego mózgu. Z boku słyszę rozmowę wędkarzy o przynętach, ale to tylko sprawia, że jeszcze bardziej próbuję skoncentrować się na tym, co ucieka mi z mentalnych rąk.

Żarówka się zapala, kulki zostały wybrane, a prezenter przekazuje szczęśliwe wieści: patrzyłam na rozstanie dwojga ludzi i czułam się, jakby maszyna cofająca czas istniała. Bo czy ona nie czekała w tym miejscu, gdzie ja czekałam? Czy ona nie przyszedł z tej strony, z której nie przyszedł mój on? Czy nie było tak, że on mówił, potrząsał, a na koniec został wyminięty?

Historia lubi się powtarzać. Ale ja zostałam dogoniona.

 

Wstaję, otrzepuję zdrętwiały tyłek. Za dużo myślisz, dziewczyno, za dużo za dużo.

Uśmiecham się i przechodzę koło zaaferowanych wędkarzy. To było tak dawno temu. Tak dawno temu dałam się dogonić i później wypuścić.

Jedna uwaga do wpisu “Wędkarstwo

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s