Home. Shit (tl;dr)

Wiecie co? Głupota to moje drugie imię.

Po jednej ze sprzeczek z P. stwierdziłam, że jadę do domu na tydzień. Odpocząć, wylenić się, poczytać i robić wielkie NIC. Mieć spokój od studiów, od myślenia o studiach, od rozmów o studiach, o nauce na studia. Taki intensywny reset, żeby może było mi, do kurwy, łatwiej.

Spakowałam walizkę, władowałam się na Wschodnim do pociągu, przesiedziałam 5 godzin i wysiadłam na podparpackiej pizgawicy. Dobrze, że jakiś czas temu wyremontowali dworzec PKP, bo już pewnie wtedy dostałabym palpitacji serca. Ale bez dygresji!

W okolicy PKP jest firma mojego ojca. Podreptałam. Dzień dobry, ja do taty. Cześć, tato. Odwieziesz mnie do domu? Jedziemy. W 5 minut drogi tato uświadomił mnie jak wielka była moja pomyłka – przyjechałaś tu, żeby odpocząć od tematu studiów? Jak zobaczyłam jego rozbawioną twarz to miałam ochotę poprosić, żeby odwiózł mnie od razu na pociąg powrotny do Warszawy. I to szyb-ciu-tko!

No, ale słowo się rzekło – Ina u płota. Wchodzę do domu i okazało się, że dziadek akurat siedział z moim bratem. Mamy nie ma. Ci zdziwieni, bo nic nie powiedziałam, że przyjeżdżam. Zaczęła się charakterystyczna dla dziadka panika – bo on się nie spodziewał, nie ma porządnego obiadu, nawet ciasta żadnego nie ma, no armagedon gastronomiczny, a ja pewnie po 5 godzinach siedzenia i przysypiania pod oknem jestem tak głodna, że zaraz umrę. Bo przecież w tej Warszawie to mi ledwo na bułkę starcza z jogurtem… SZALEŃSTWO.

Po pierwszych ekscytacjach przyszedł czas na część, o której poinformował mnie ojciec w samochodzie. STUDIA. Temu człowiekowi nie można powiedzieć, że jest się zmęczonym studiami, że na uczelni odpierdala się taki cyrk, że nawet cyrkowców od Zalewskiego to przerasta. Mój dziadek stwierdził, że jak mi się tak nie podoba to pewnie jak przyjadę to powiem, że rezygnuję ze studiów. I to akurat teraz, kiedy zostało mi już tylko półtora roku! No wstyd i poniżenie przecież!

Jestem tu od wtorku. Mamy sobotę. Nie pojawiła się jeszcze chwila, w której nikt nie mówiłby o tym, że powinnam dokończyć studia. A wiecie, co jest w tym takiego zabawnego? Ja nigdy nawet nie powiedziałam w tych ostatnich rozmowach, przy tym całym burdelu w Warszawie, że chcę teraz przerwać studia. Nigdy. Nawet słówkiem. Po prostu wyraziłam swój zdecydowany sprzeciw w kwestii ujeżdżania nas jak dzikie osły w agreście. Tyle.

Ojciec był moją ostoją. Wyglądał na zafrapowanego tym tematem, ale jego argumenty i sposób ich przedstawienia zdecydowanie bardziej do mnie przemawia niż płacze dziadka („Bez studiów będziesz nikim, a ten papierek otworzy Ci wszystkie drzwi”) czy krzyki matki („Nie masz prawa skończyć teraz studiów, bo ja płacę za to, żebyś je skończyła!”).

Tu przechodzimy do innego zagadnienia, które pojawiło się w mojej rzeczywistości już jakiś czas temu. Pieniądze. Pieniądze rodzą zobowiązania. Nie powinno być tak w rodzinie, ale wszyscy jesteśmy ludźmi i różne rzeczy się dzieją. Wcześniej tak nie było, ale teraz zauważam, ze każda złotówka zapłacona na moje utrzymanie wszystkich boli. Zaczęło się wypominanie, ale też wymaganie, że skoro oni płacą to ja powinnam… I tu zaczyna się litania. Ja rozumiem i cóż – panie boże pieniężny, daj mi możliwość pogodzenia pracy ze studiami w przyszłym roku (akademickim, ofc) to przysięgam, że zacznę cofać przelewy od rodziny, bo mam dość wypominania i żali. No i chcę przestać się czuć jak jakiś wielki ciężar („W wakacje to my byśmy chcieli odpocząć od łożenia na ciebie, przynajmniej te 3 miesiące”). Cóż, dobrze, nie od dzisiaj jest mi znany ten tekst – mieszkałam z tymi ludźmi ponad dekadę, więc wiem, że to klasyka, żeby starczyło im na słoneczne wakacje za granicą.

W tym miejscu obiecuję sobie, że jeśli tylko się da, jeśli będę w stanie połączyć plan zajęć na UW z grafikiem w jakiejś firemce to zacznę cofać te przelewy (PKO, liczę na współpracę), bo też – ile można żyć za cudze pieniądze i być poddawanym wiecznej obserwacji czy przypadkiem nie wydaję za dużo. No kurwicy można dostać!

Tak, wylałam żółć swą. Ktoś przeczytał te wynurzenia? Jakieś wskazówki? Myśli? Krytyka? A może ktoś mnie pochwali, że tydzień przed 23. urodzinami podejmuję decyzję powolnego, bo powolnego, ale odcięcia pępowiny? Bo czas już najwyższy…

A tak w ogóle to na podkarpaciu słoneczko. Tylko pizga niemołosiernie. Jutro wracam do domu, do swojej Warszawy, do względnego spokoju, w którym tak na prawdę nikt nie wywiera na mnie presji. Tęsknię do Falenicy. I do Patryka.

Nowa karta. Polskibus.com. Rzeszów – Warszawa, jedna osoba. Bilet w jedną stronę. I’m comin’ home…

Reklamy

3 myśli na temat “Home. Shit (tl;dr)

  1. *naprawdę

    Mnie też irytuje, gdy się dopieprzają o pieniądze.
    Tym bardziej, że od początku studiów moim głównym źródłem gotówki są stypendia i od ponad roku dorywcza praca, przelew dostałem ostatnio na okulary…

    Trzymam kciuki.

  2. Jak można myśleć, że w domu się odpocznie? Heh oni zawsze pytają o studia i w zasadzie o nic innego, jakby był TYLKO i wyłącznie studentką, która np. nie może zachorować, zakochać się, odkrywać pasje czy mieć problemy z ludźmi albo planować przyszłość. Nie no skąd, studia i tyle. ;(

  3. Jak dobrze, że takie rozważania daleko za mną. NIENAWIDZILAM czasu, kiedy byłam finansowo zależna od rodziców. Plan masz dobry, powodzenia w realizacji, uczucie wolności jest niesamowite 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s