How I met your Boris

No i co? Kutas, a nie regularne pisanie. Ostatni post 27 lutego. Dziś mamy już 15 marca. Nosz szlag by trafił te obietnice noworoczne! A tyle się działo.

  1. Zaczęłam chodzić na siłownię i wpadłam w pułapkę własnego umysłu. Bo skoro byłam już 2(!) razy to przecież powinnam już schudnąć i być fit. Nic bardziej mylnego! Co mogę powiedzieć? Za dużo się nagrałam Simsów, w których po kilku razach intensywnych ćwiczeń widać było efekty.
  2. WordPress coś tu zmienił, nie mogę się zorientować, panel do pisania postu wygląda inaczej. Nie byłam przygotowana na tą zmianę.
  3. W dzień kobiet miałam dzień kobiet, a nie dzień rozpaczy i byłam tym zdziwiona. Nie to, że Patryk się nie stara. Po prostu zawsze przy tego typu, let’s say, „świętach”, wychodzi wielka drama. W tym roku było inaczej. O 180 stopni. Kwiaty, piwo (żeby dopełnić moją blokową kobiecość) i seks, który skupiał się w większości na mnie.
  4. 7 marca miałam ciężki dzień z moją psychiką. Źle to brzmi – „rocznica aborcji”. Ale tak, to już rok od momentu, w którym nie popisałam się w życiu i uciekłam za granicę, żeby ratować skrawki mojego życia. Powiedzieć, że ta rocznica była trudna to powiedzieć nic. Powiedzieć, że nic się z tym dniem nie łączy to powiedzieć nic. Eh… I wciąż ten sam problem – mam wrażenie, że skoro odebrałam Patrykowi szansę na bycie ojcem to w którymś momencie swojego życia będę musiała mu to podarować. Can’t wait.
  5. Przechodząc do przyjemniejszych tematów to NARESZCIE CZUĆ WIOSNĘ. Otworzyłam okna. Zasiałam na wacie rzeżuchę. Wystawiłam suszarkę z praniem na podwórko. Zaczęłam chodzić w trampkach. Mam małą zagwozdkę związaną ze zlokalizowaniem okularów przeciwsłonecznych i trochę mnie to niepokoi.
  6. Staram się być dobrym studentem i chodzić na wszystkie zajęcia, ale czasem mi się nie chce, więc nie chodzę. Za to dużo czytam – głównie Remigiusza Mroza. W tym momencie jestem na etapie pochłaniania Inwigilacji, na którą czekałam wystarczają długo, żeby poświęcić na nią noc. Polecam.
  7. Tak sobie ostatnio pomyślałam, że chyba zrobię Wam jeden dzień ze mną. Ja tu, ja tam. Ja w Lidlu na dziale z czekoladą – cierpię katusze, bo dieta. Ja na siłowni po 40 minutach treningu na bieżni – cała czerwona, cierpię katusze. Ja na UW – cierpię katuszę, bo nuda. Ja w oczekiwaniu na pociąg – cierpię katusze, bo dużo ludzi jedzie w moją stronę i nie będę mogła usadzić tyłka przez 30 minut. Ja na dzielni – cierpię katusze, bo muszę przejść obok 6 dresów przy beemce. Będzie fajnie.
  8. A jak już o dresach mowa to ostatnio z Patrykiem mamy fazę na Borysa. Borys jest rosyjskim dresem. Gopnikiem uwielbiającym majonez. Jeśli macie za dużo czasu i doceniacie czasem dość prosty humor to polecam. Poniżej mój ulubiony odcinek o Polszy:

We, Slavs, must know how to squat!

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s