Dziwność, nostalgiczność, starość

Mam na Fb zalajkowane swoje byłe gimnazjum, które w międzyczasie połączyło się wraz z sąsiadującą z nim podstawówką w Zespół Szkół. Zmiana ta spowodowała przypływ gotówki z UE, z urzędu miejskiego, wojewódzkiego i nie wiadomo jeszcze kogo. Z tych pieniędzy została wybudowana duża, nowoczesna hala sportowa. Rozwiąże ona odwieczny problem klaustrofobicznych salek gimnastycznych, na których gra w siatkówkę graniczyła z cudem, a skoki na koźle równały się z pocałowaniem ściany.

Ale nie chodzi o funkcjonowanie tej szkoły. Jasne, fajnie, że pojawiły się tam wreszcie prysznice (nastolatki, po wf-ie, spocone – wreszcie przestaną śmierdzieć). Super, że wreszcie pojawiły się tam szatnie z prawdziwego zdarzenia, a podłoga nie zagraża życiu (ah te wystające klepki…). (więcej…)

Sick leave

Znów jestem chora. Katar, ból głowy i nadmiar wolnego czasu. Z własnej, nieprzymuszonej woli zrobiłam zadania na platformach zajęć internetowych. Zostałam jednym z moderatorów fanpage’a książek Remigiusza Mroza. Przeczytałam jedną książkę. Zrobiłam Patrykowi kanapki do pracy. Rozwiesiłam pranie, a to suche złożyłam. I wiecie co?

Polepszyło mi się.

How I met your Boris

No i co? Kutas, a nie regularne pisanie. Ostatni post 27 lutego. Dziś mamy już 15 marca. Nosz szlag by trafił te obietnice noworoczne! A tyle się działo.

  1. Zaczęłam chodzić na siłownię i wpadłam w pułapkę własnego umysłu. Bo skoro byłam już 2(!) razy to przecież powinnam już schudnąć i być fit. Nic bardziej mylnego! Co mogę powiedzieć? Za dużo się nagrałam Simsów, w których po kilku razach intensywnych ćwiczeń widać było efekty.
  2. WordPress coś tu zmienił, nie mogę się zorientować, panel do pisania postu wygląda inaczej. Nie byłam przygotowana na tą zmianę.
  3. W dzień kobiet miałam dzień kobiet, a nie dzień rozpaczy i byłam tym zdziwiona. Nie to, że Patryk się nie stara. Po prostu zawsze przy tego typu, let’s say, „świętach”, wychodzi wielka drama. W tym roku było inaczej. O 180 stopni. Kwiaty, piwo (żeby dopełnić moją blokową kobiecość) i seks, który skupiał się w większości na mnie.
  4. 7 marca miałam ciężki dzień z moją psychiką. Źle to brzmi – „rocznica aborcji”. Ale tak, to już rok od momentu, w którym nie popisałam się w życiu i uciekłam za granicę, żeby ratować skrawki mojego życia. Powiedzieć, że ta rocznica była trudna to powiedzieć nic. Powiedzieć, że nic się z tym dniem nie łączy to powiedzieć nic. Eh… I wciąż ten sam problem – mam wrażenie, że skoro odebrałam Patrykowi szansę na bycie ojcem to w którymś momencie swojego życia będę musiała mu to podarować. Can’t wait.
  5. Przechodząc do przyjemniejszych tematów to NARESZCIE CZUĆ WIOSNĘ. Otworzyłam okna. Zasiałam na wacie rzeżuchę. Wystawiłam suszarkę z praniem na podwórko. Zaczęłam chodzić w trampkach. Mam małą zagwozdkę związaną ze zlokalizowaniem okularów przeciwsłonecznych i trochę mnie to niepokoi.
  6. Staram się być dobrym studentem i chodzić na wszystkie zajęcia, ale czasem mi się nie chce, więc nie chodzę. Za to dużo czytam – głównie Remigiusza Mroza. W tym momencie jestem na etapie pochłaniania Inwigilacji, na którą czekałam wystarczają długo, żeby poświęcić na nią noc. Polecam.
  7. Tak sobie ostatnio pomyślałam, że chyba zrobię Wam jeden dzień ze mną. Ja tu, ja tam. Ja w Lidlu na dziale z czekoladą – cierpię katusze, bo dieta. Ja na siłowni po 40 minutach treningu na bieżni – cała czerwona, cierpię katusze. Ja na UW – cierpię katuszę, bo nuda. Ja w oczekiwaniu na pociąg – cierpię katusze, bo dużo ludzi jedzie w moją stronę i nie będę mogła usadzić tyłka przez 30 minut. Ja na dzielni – cierpię katusze, bo muszę przejść obok 6 dresów przy beemce. Będzie fajnie.
  8. A jak już o dresach mowa to ostatnio z Patrykiem mamy fazę na Borysa. Borys jest rosyjskim dresem. Gopnikiem uwielbiającym majonez. Jeśli macie za dużo czasu i doceniacie czasem dość prosty humor to polecam. Poniżej mój ulubiony odcinek o Polszy:

We, Slavs, must know how to squat!

Feedback

Zaczął się nowy semestr. Zaczynam to czuć na własnej skórze. Masy tekstów do czytania, zadania na platformie internetowej, tłumaczenia, prace pisemne. Weee… Jednak mimo tego, że to już semestr letni, ciągnie się za mną zimowa sesja – jestem w jej połowie. Brakuje mi jeszcze kilku prac i egzaminów. Kocham swoją uczelnię. Kocham swój instytut. Kocham to, że nie mam dla siebie czasu.

Od marca ograniczam słodycze i fastfoody na rzecz siłowni i tony owoców i warzyw. Przez rok przytyłam 10 kg – w chuj. Nie mieszczę się w większość swoich ciuchów, a te, które jeszcze na mnie pasują zaczynają opinać się w każdym możliwym miejscu. Nawet Patryk przestał udawać i stwierdził, że faktycznie przytyłam. Nie da się już tego ukryć.

Uparcie trwam w swoim postanowieniu o niefarbowaniu włosów, ale jest ciężko. Mój umysł krzyczy, że to już czas na odświeżenie koloru, a najlepiej na wybór nowego, który zmieniłby mój wygląd. Ale nie!

 

Home. Shit (tl;dr)

Wiecie co? Głupota to moje drugie imię.

Po jednej ze sprzeczek z P. stwierdziłam, że jadę do domu na tydzień. Odpocząć, wylenić się, poczytać i robić wielkie NIC. Mieć spokój od studiów, od myślenia o studiach, od rozmów o studiach, o nauce na studia. Taki intensywny reset, żeby może było mi, do kurwy, łatwiej.

Spakowałam walizkę, władowałam się na Wschodnim do pociągu, przesiedziałam 5 godzin i wysiadłam na podparpackiej pizgawicy. Dobrze, że jakiś czas temu wyremontowali dworzec PKP, bo już pewnie wtedy dostałabym palpitacji serca. Ale bez dygresji!

W okolicy PKP jest firma mojego ojca. Podreptałam. Dzień dobry, ja do taty. Cześć, tato. Odwieziesz mnie do domu? Jedziemy. W 5 minut drogi tato uświadomił mnie jak wielka była moja pomyłka – przyjechałaś tu, żeby odpocząć od tematu studiów? Jak zobaczyłam jego rozbawioną twarz to miałam ochotę poprosić, żeby odwiózł mnie od razu na pociąg powrotny do Warszawy. I to szyb-ciu-tko!

No, ale słowo się rzekło – Ina u płota. Wchodzę do domu i okazało się, że dziadek akurat siedział z moim bratem. Mamy nie ma. Ci zdziwieni, bo nic nie powiedziałam, że przyjeżdżam. Zaczęła się charakterystyczna dla dziadka panika – bo on się nie spodziewał, nie ma porządnego obiadu, nawet ciasta żadnego nie ma, no armagedon gastronomiczny, a ja pewnie po 5 godzinach siedzenia i przysypiania pod oknem jestem tak głodna, że zaraz umrę. Bo przecież w tej Warszawie to mi ledwo na bułkę starcza z jogurtem… SZALEŃSTWO.

Po pierwszych ekscytacjach przyszedł czas na część, o której poinformował mnie ojciec w samochodzie. STUDIA. Temu człowiekowi nie można powiedzieć, że jest się zmęczonym studiami, że na uczelni odpierdala się taki cyrk, że nawet cyrkowców od Zalewskiego to przerasta. Mój dziadek stwierdził, że jak mi się tak nie podoba to pewnie jak przyjadę to powiem, że rezygnuję ze studiów. I to akurat teraz, kiedy zostało mi już tylko półtora roku! No wstyd i poniżenie przecież!

Jestem tu od wtorku. Mamy sobotę. Nie pojawiła się jeszcze chwila, w której nikt nie mówiłby o tym, że powinnam dokończyć studia. A wiecie, co jest w tym takiego zabawnego? Ja nigdy nawet nie powiedziałam w tych ostatnich rozmowach, przy tym całym burdelu w Warszawie, że chcę teraz przerwać studia. Nigdy. Nawet słówkiem. Po prostu wyraziłam swój zdecydowany sprzeciw w kwestii ujeżdżania nas jak dzikie osły w agreście. Tyle.

Ojciec był moją ostoją. Wyglądał na zafrapowanego tym tematem, ale jego argumenty i sposób ich przedstawienia zdecydowanie bardziej do mnie przemawia niż płacze dziadka („Bez studiów będziesz nikim, a ten papierek otworzy Ci wszystkie drzwi”) czy krzyki matki („Nie masz prawa skończyć teraz studiów, bo ja płacę za to, żebyś je skończyła!”).

Tu przechodzimy do innego zagadnienia, które pojawiło się w mojej rzeczywistości już jakiś czas temu. Pieniądze. Pieniądze rodzą zobowiązania. Nie powinno być tak w rodzinie, ale wszyscy jesteśmy ludźmi i różne rzeczy się dzieją. Wcześniej tak nie było, ale teraz zauważam, ze każda złotówka zapłacona na moje utrzymanie wszystkich boli. Zaczęło się wypominanie, ale też wymaganie, że skoro oni płacą to ja powinnam… I tu zaczyna się litania. Ja rozumiem i cóż – panie boże pieniężny, daj mi możliwość pogodzenia pracy ze studiami w przyszłym roku (akademickim, ofc) to przysięgam, że zacznę cofać przelewy od rodziny, bo mam dość wypominania i żali. No i chcę przestać się czuć jak jakiś wielki ciężar („W wakacje to my byśmy chcieli odpocząć od łożenia na ciebie, przynajmniej te 3 miesiące”). Cóż, dobrze, nie od dzisiaj jest mi znany ten tekst – mieszkałam z tymi ludźmi ponad dekadę, więc wiem, że to klasyka, żeby starczyło im na słoneczne wakacje za granicą.

W tym miejscu obiecuję sobie, że jeśli tylko się da, jeśli będę w stanie połączyć plan zajęć na UW z grafikiem w jakiejś firemce to zacznę cofać te przelewy (PKO, liczę na współpracę), bo też – ile można żyć za cudze pieniądze i być poddawanym wiecznej obserwacji czy przypadkiem nie wydaję za dużo. No kurwicy można dostać!

Tak, wylałam żółć swą. Ktoś przeczytał te wynurzenia? Jakieś wskazówki? Myśli? Krytyka? A może ktoś mnie pochwali, że tydzień przed 23. urodzinami podejmuję decyzję powolnego, bo powolnego, ale odcięcia pępowiny? Bo czas już najwyższy…

A tak w ogóle to na podkarpaciu słoneczko. Tylko pizga niemołosiernie. Jutro wracam do domu, do swojej Warszawy, do względnego spokoju, w którym tak na prawdę nikt nie wywiera na mnie presji. Tęsknię do Falenicy. I do Patryka.

Nowa karta. Polskibus.com. Rzeszów – Warszawa, jedna osoba. Bilet w jedną stronę. I’m comin’ home…