Regulacja – palpitacja

4105_d741_520

Patryk to taka wielka drama queen. Wczoraj na zakupach zwróciłam mu uwagę na jakieś gówno, które odpierdalał przy kasie, po czym zostałam zakrzyczana i zwyzywana na parkingu w drodze do samochodu. Spojrzenia ludzi bezcenne, I must admit…

Co zabawniejsze, jaśnie pan najwyraźniej uważa, że należą mu się przeprosiny za to, że jest dupkiem i że nie potrafi znieść jakiejkolwiek krytyki kierowanej w swoją stronę. Od wczorajszych zakupów mamy ciszę w mieszkaniu i mrożące krew w żyłach 14 stopni, które wywołuje u mnie katar i grube skarpety. Gdzie są właściciele tego przybytku, w którym mieszkamy i czemu pozwalają nam tak okrutnie marznąć?

Pogoda też jakby się uwzięła. Niby -12, a odczuwalna prawie dwa razy taka. No hej! Ja wiem, że styczeń i że trzeba nam zmrozić polskie tyłki, ale czy na prawdę potrzebujemy aż tak mocno terapii szokowej?

Z innej mańki – czytałam Wasze posty i zadziwiająco większością obstajecie za tym, że postanowienia na nowy rok to niewarta zachodu mania. Niejako podzielam ten pogląd, kiedy widzę tych wszystkich ludzi wypluwających płuca na siłowni lub (o zgrozo!) w trakcie joggingu na świeżym powietrzu. Niemniej jednak uważam, że postanowienia noworoczne to taki miły zwyczaj – znów możemy sobie wmówić, że będziemy zdrowo jeść i prowadzić zdrowy tryb życia, że będziemy regularnie pisać i przeczytamy więcej książek niż w zeszłym roku. Ja w tym roku wmawiam sobie, że moje urodziny będą super (przez ostatnie 2 lata ssały bardziej niż najlepsze gwiazdy porno), a na wadze pojawi się liczba poniżej 70 kilogramów, która zasugeruje, że może w wakacje założę bez wahania bikini. Co więcej, obiecałam sobie, że codziennie napiszę jedną stronę w dzienniku (tak, znów naoglądałam się Bridget Jones, back off) i minimum raz w tygodniu na blogu (zamiast 5 postów w trzy dni, a później miesiąc ciszy). Jednym słowem stawiam na regularność. Oraz zabawę. I wypoczynek. No i seks z alkoholem – również w regularnych i zadowalających ilościach.

Ulubione

Właściwie to co – już po świętach. Prezenty rozdane, Smoleńsk omówiony, a wszyscy są niezdrowo objedzeni. To chyba definicja powiedzenia „święta, święta i po świętach”. Jutro teoretycznie jeszcze drugi dzień fiesty na cześć Chrystusa, ale let’s face it – najważniejsza szopka została już odstawiona.

8-1.gif

Nie wiem jak u Was, ale w mojej rodzinie kultywuje się niezdrowy zwyczaj składania spersonalizowanych życzeń. Żadne tam „Wszystkiego dobrego nam wszystkim”, bo przecież byłoby za łatwo. Podejść trzeba do każdego, ułamać mu opłatek i odegrać najlepszą rolę roku przy składaniu życzeń. Można załatwić to na poważnie i życzyć rozmówcy sukcesów w konkretnym jego działaniu (ja dostałam wszędzie szybkiej obrony magisterki…). Są życzenia wytrychy – zdrowia, pieniędzy i spełnienia marzeń (niestety, wychodzi na to, że nikt nie troszczy się o moje marzenia – dalej życzyli mi szybkiej obrony, a przecież to dopiero w 2018!). Najbardziej jednak uwielbione przeze mnie są te niezręczne życzenia, pt. „Ostatni raz widzieliśmy się w tamtym roku na święta, nie wiem jak tam Twoje życie, więc będę Ci życzyć miłości, szczęścia i czego tam sobie zapragniesz tylko już skończmy ta farsę”.

Może ktoś powie, że nie doceniam polskich świąt – nieprawda! Ja na prawdę je lubię. Niekoniecznie z powodów religijnych, ale społecznych. Czy któregoś naukowca nie interesuje to, co dzieje się w umysłach polaków w Boże Narodzenie? Może to opary czerwonego barszczu, który OCZYWIŚCIE musiał się rozlać na białym obrusie?

Szczerze interesuje mnie to, co popycha nas do głębokich dysput na tematy skrajnie różne – polityka, religia, seks, znaczenie snów i problemy z pęcherzem u rasowych psów. Poczułam się dziwnie słuchając o tym, jak mój tato w wieku bardzo młodym wylał sobie na penisa gorącą kaszę manną – serniczek nagle przestał mi smakować, kiedy mój mózg przyswoił informację i dopasował do niej ilustrację. Temat ten wypłynął przy okazji omawiania problematyki uchodźców w Polsce i dalej nie jestem do końca pewna jak do tego doszło.

2563_6f2f.gif

Święta wyciągają z nas polskość. Nie zrozumcie mnie źle – ja kocham polskość, jest taka memogenna. Sama przecież jestem polką i wiem, że nie jestem wolna od przywar. Ocenianie innych, zawiść i dwulicowość podszyta głębokim januszem naszego pochodzenia – to wszystko z nas wychodzi już przy pierwszym daniu.

Trochę odskoczymy, ale delikatnie….

W tym roku czułam się (jak co roku z resztą, cóż za los) jak na festynie rodziny G. Moje dwie idealne kuzynki i ich równie idealni rodzice swoim szaleństwem i narcyzmem zabijają we mnie ludzkie instynkty. Mam ochotę rzucać w nich karpiem i kulkami z kapusty z grochem (człowiek, który wymyślił tą zmyślną potrawę musiał bardzo nienawidzić swojej rodziny) za każdym razem, kiedy zaczynają mówić.

Starsza kuzynka mieszka w Berlinie, gdzie studiuje i sypia ze swoim dobrze urodzonym amerykańskim chłopakiem. Często podróżują, ale najważniejsze, że są „w centrum terrorystycznych wydarzeń”. Ujmę to tak – gdyby za każdą wzmiankę o Berlinie dawano mi złotówkę to dałabym radę spłacić swój debet w pół godziny.

Młodsza kuzynka to wyrób na wzór Red Lipstick Monster – przerost formy nad treścią jeśli chodzi o makijaż. Wytrawna znawczyni żeglugi i narciarstwa, gitarzystka lokalnego zespołu rockowego. Gdy mówi – wszyscy muszą milczeć. Zawsze twierdziłam, że będzie z niej królowa gawiedzi.

Wujostwo, po czterdziestce, z dobrze prosperującą rodzinną firmą. Ciotka przerost ego rekompensuje sobie hodowlą rasowych piesków – każdy wygląda jakby spotkał się ze ścianą, a przynajmniej szklanymi drzwiami. Wujek, wiecznie czerwony od śmiechu i wiecznie zakrzyczany przez ciotkę, z serią opowieści o wyprawach na psie konkursy.

I znów – nie zrozumcie mnie źle – na prawdę ich lubię. Co święta w milczeniu obserwuję jak roztaczają wokół siebie atmosferę uwielbienia do nich samych. Przyćmiewają każdego. Podejrzewam, że nawet wynalazca penicyliny okazałaby się zbyt mało zajebisty w ich obecności.

3183_59c5.gif

Cóż pozostaje mi powiedzieć – moi rodzice nie reklamują mnie i brata w taki sposób, w jaki robi to wujostwo. Właściwie to nie jesteśmy reklamowani nigdy. Pamiętam jeden jedyny raz, kiedy moja mama próbowała przebić się przez tą szybę płytkości – dziś pokornie dostosowuje się do panujących tu standardów.

Każdego roku pierwszy dzień świąt wygląda trochę jak spotkanie zarządu firmy przy pierniczkach w lukrze – godzinami słuchamy o drewnie i kontrahentach z Islandii czy innej Kanady. A to wszystko przerywane jest odganianiem psów, które bezczelnie pakują się wszystkim na kolana w nadziei, że dosięgną swoimi płaskimi mordkami do bigosu.

***

Mam nadzieję, że spędzacie wolne w spokoju, z najbliższymi, z którymi utrzymujecie kontakt. Że się nie przejadacie, że macie luz i urlop. Ja znajduję się na krawędzi i widzę, że w kącikach ust pojawił mi się już jad zniecierpliwienia. Ale nie zrozumcie mnie źle – ja to na prawdę lubię!

1088_0c71.gif

Podsumowanie 2016 (będzie długo)

Za tydzień święta, czujecie to? Te wszystkie wypieki, nerwówka dotycząca smaku barszczu i tego, że stłukł się talerz. Kolorowe światełka na choince i błyszczący papier prezentowy z kokardami. Wśród tych wszystkich emocji czas na zebranie tego, co działo się przez cały rok, zweryfikowanie zamiarów i bicie się w pierś.

Czas na podsumowanie mojego roku 2016.

Wróciłam do wpisu sprzed roku i powiem tak – chuj wielki i dwa bąbelki. Nie schudłam, nie mam krótszych włosów, zdecydowanie nie ogarnęłam się psychicznie. Z pracą też jakoś nie wyszło.

To był rok płaczu i zgrzytu zębami, rok przekleństw i zawodów, pełen strat i cierpień, które bynajmniej nie sprawiły, że stałam się silniejsza.

365 dni. Tyle wystarczy, żeby człowiek zmienił się w cień. Tyle wystarczy, żeby przestać być jedną osobą i stać się inną.

2016 rok to moja porażka i chyba o tym nie zapomnę.

***

Całość zdefiniowała ciąża i aborcja. Nie, nie będę się skarżyć, że było ciężko. Z nerwów i głodu nawet nie do końca pamiętam jak było. Mogę czytać tylko swoje wpisy z tamtych tygodni i ubolewać nad swoją głupotą – że dałam się tak załatwić.Niemniej jednak to właśnie tamte tygodnie sprawiły, że stałam się „nową osobą”. Zazwyczaj nowość kojarzyła mi się z czymś lśniącym, ładnym, zachęcającym. Cóż, ja re-definiuję to słowo.

Nowa ja to szara ja. Ja ze szczątkami swoich poglądów. Ja przemielona przez te 365 dni. Ja starająca się wstać mimo tego, że mam ochotę udusić się w uściskach kołdry. Ja próbująca się zabić i ja płacząca po kątach. Ja z dniami tak czarnymi, że nawet smoła nie wie już jak być czarna, bo ja jestem czarniejsza. Ja z takimi wahaniami nastroju, że nie mogę siebie samej znieść.

Ja w kuchni. Ja w sklepie. Ja na zajęciach. Ja leżąca, stojąca i klęcząca. Z zerowym libido, na tabletkach i z wiecznym pragnieniem alkoholu. Uzależniona od nie-chce-mi-się. Zatracona w wymyślaniu scenariuszy, w których wygrywam wszystko, w których błyszczę uśmiechem, w których nie jestem już smutna.

Ja doceniająca Patryka. Ja doceniana przez Patryka. Ja, idealna chujowa pani domu. Dzwoniąca do dziadka co sobotę i wysyłająca mamie jakieś durne maile – wszystko po to, by nikt się nie zorientował, że mam ochotę zniknąć.

Żyję w cieniu tej ciąży. Ona mnie zmieniła, tak jakby mnie wymazała i zostały tylko brzydkie smugi.

***

Skończyłam licencjat i poszłam dalej na studia po to, by dać sobie jeszcze czas. Nie wiem na co, ale w tamtym momencie potrzebowałam tego czasu. Nie doceniam tej edukacji, nie daję jej może należytej szansy, nie uważam, że należy jej się szacunek. A jednak codziennie rano wychodzę na zajęcia. Po to, by pokazać, że może nie jest ze mną jeszcze tak źle i że może jeszcze jakoś to będzie.

***

Odrzuciłam marzenia o pierścionku i o ślubie. Przykro mi się do tego przyznać, ale od jakiegoś czasu myślę o tym jak wyglądałoby moje życie, gdybym teraz odeszła i była znów singielką. Nie chodzi o to, że nie kocham Patryka. Kocham, czasem aż za bardzo; to boli. Bardziej chodzi o to, że nasze życie zwolniło. Już nie wychodzimy nigdzie, nie robimy jakiś rzeczy, a to mi nie pomaga. Weekendy spędzamy w domu albo u jego rodziców. Raz byli u nas znajomi – jego kolega z dziewczyną. Cóż mówić – upiłam się, ona też. Te pocałunki, które wymieniłyśmy w świetle telewizora były ożywcze. Jakby nagle do mojego krwiobiegu ktoś dodał jakąś substancję i sprawił, że przestałam widzieć w czerni i szarości. I to dało mi do myślenia najbardziej. I chyba dlatego powiedziałam Patrykowi, że nie wiem, co bym odpowiedziała gdyby teraz poprosił mnie o rękę. Bo wydaje mi się, że pojawiła by się odmowa transakcji zamiast akceptacji…

***

Podobno wszystko jest kwestią motywacji. Mam wstać rano i powiedzieć sobie „Today I will do things.” i faktycznie je robić (te things). Nawet jeśli jest brzydko. Nawet jeśli bardzo mi się nie chce. Nawet jeśli mam dużo innych rzeczy do zrobienia. Ale co wtedy, kiedy nie mam siły wstać?

Długo zastanawiałam się czego życzyłabym sobie w następnym roku. Było ciężko. Zdążyłam się popłakać i zjeść makaron, a na koniec dobiłam się maratonem z Bridget Jones i znów popłakałam.

W końcu wymyśliłam, ale nie wiem czy jest to mądre.

W 2017 roku chciałabym odzyskać szacunek do swojego życia. Chciałabym znów poczuć się sobą, a nie tymi smugami po gumce. To powinno wszystko rozwiązać.

***

Na koniec, bo było smutno, coś na uśmiech…

Ja z moim promotorem, który na instytutowe mikołajki przebrał się za Mikołaja.

15492403_1165097033611867_4527486799390797955_n

Nawet założyłam sukienkę, żeby było widać, że jestem dziewczyną 😉

Coraz bliżej święta!

fb_img_14813791831611268

Wczoraj oddaliśmy w PSZOK-u na Mokotowie wszystkie możliwe butelki po winie, wódce, piwie, oliwie z oliwek – wszystko, co wpadło nam w ręce. W zamian dostaliśmy kupony na 3 choinki, trochę wyższe niż 60 cm. Jedną wzięliśmy dla siebie (tą najładniejszą), pozostałe dwie oddaliśmy rodzicom Patryka.

Kupiliśmy ozdoby, drzewko zajęło miejsce przy oknie, a ja cały wieczór nie mogłam pzrestać na nie patrzeć.

Uwielbiam święta.

DSC_0061.JPG

English for beginners :)

Jak na tradycję przystało – jestem chora. Czym byłby schyłek roku, gdyby nie katar i kaszel 24 godziny na dobę i sterta leków przy łóżku? Niczym specjalnym.

Zadano mi ostatnio pytanie czy czuję już święta. Niestety, pytanie to padło w momencie, w którym nie czułam już nic, bo nie pozwalał mi na to katar, więc jak największy Grinch tego świata odpowiedziałam, że nie czuję i chuj. A później puszczono mi reklamę Allegro i poczułam. Tak reklama jest tak dobra, tak piękna i tak świąteczna, że nie mam słów by opisać jak bardzo jestem nią zachwycona.

Fragment z kaczką to ten moment, w którym się śmieję, a fragment „Hi, I am your grandpa” to ten fragment, w którym płaczę. Pozdrawiam speców z marketingu Allegro – good work, guys!

Oczywiście Allegro wypuściło kilka innych reklam na święta, jednak ta przypadła mi do gustu najbardziej.

JEDNAK NIC NIE PRZEBIJE REKLAM COCA COLI Z CIĘŻARÓWKĄ, BO TO JEST KLASYKA KLASYKI REKLAM NA ŚWIĘTA. Co roku wszyscy mają mnie dość, bo dostaję pierdolca i wszędzie śpiewam „Coraz bliżej święta”. A także wykonuję autorski taniec świąteczny. Moją twarz pokrywa wtedy zaangażowanie i bezwstydność gdy pląsam i wyję. Czym byłby grudzień beze mnie robiącej z siebie budalę*? 🙂

*budala – po chorwacku znaczy pajaca, człowieka, który robi z siebie pośmiewisko 😉

Podsumowanie tygodnia

Ostatni tydzień był całkiem pracowity. Książki i filmy na seminarium magisterskie, ale i decyzja o tym, o czym dokładniej chcę pisać. Po promotorze, którego miałam przy pisaniu licencjatu – obecny jest wymagający i bardzo zaangażowany. Czasem mam wrażenie, że bardziej mu zależy na tym, żebyśmy skończyli te studia niż nam.

Co poza tym? Spadł śnieg, zaczął się grudzień i nareszcie miałam wymówkę, żeby ubrać poduszki w poszewki z pingwinem i łosiem w mikołajowych czapkach. Myślę powoli o podsumowaniu roku, chyba zacznę je powoli pisać, żeby było dopracowane, ponieważ chciałabym się nim z Wami podzielić.

3849_8074.jpeg

Odliczam dni do wolnego. W tym roku to 3 tygodnie odpoczynku od uczelni. Na święta jadę do domu – jakżeby inaczej! Później przyjeżdża po mnie Patryk i wrócimy razem do Warszawy. Cieszę się na ten wspólny czas, bo cały grudzień będzie w pracy i będziemy się mijać.

Wczoraj wypłynął grząski temat – zaręczyny. Powiedziałam coś, co trochę mnie zdziwiło, a trochę nie (zdecydowanie nie jest moją silną stroną). Na pytanie, co bym odpowiedziała stwierdziłam, że nie wiem. Ci, którzy czytali mnie na początku roku wiedzą (albo i nie, może komuś umknęło), że był czas, w którym miałam duże parcie na pierścionek. Not anymore, apparently. Czuję się bezpiecznie w tym układzie „dziewczyna-chłopak, wspólne mieszkanie, niby zobowiązania, ale nie potwierdzone prawnie”. Nie zrozumcie mnie źle – kocham Patryka do bólu, jest moją ulubioną osobą, ale w tym roku się przetestowaliśmy i nie ufam nam jako parze tak do końca. Wiem, że mam w nim partnera, ale jednocześnie czuję jakbym nie do końca go miała. Popieprzone, ale tak się czuję.

5366_a071.jpeg

A co do mojego samopoczucia to jest lepiej. Wydaje mi się, że odzyskuję chociaż podstawy spokoju. Co prawda są dni, kiedy chcę uciec i być niewidzialna. Są dni, w których czuję się sama, tak przytłaczająco sama. Są też dni, w których nie mam siły wyjść z łóżka. Czasem nie chodzę na zajęcia, bo czuję się ze sobą na tyle niepewnie, że nie chcę sobie dokładać jeszcze kontaktu z innymi.

6575_4f38.jpeg