Duchy, dementorzy, mandragory i tajemnicze jaskinie

Mając 3 lata potrafiłam czytać. I nie jakoś źle – jak na dziecko, które późno zaczęło mówić – czytałam niesamowicie dobrze. Najlepszym świadectwem na to jest, że mając 5 lat przeczytałam sama “Kubusia Puchatka” i trzeba przyznać – byłam z tego faktu cholernie dumna!

Nie wiem, jak uchowałam się przed ekranizacją pierwszej części Harrego Pottera. Może to przez moją wszystko kontrolującą, młodą i strasznie skupioną na karierze matkę, która nie miała ani siły ani ochoty na zabranie mnie do kina. A może przez to, że zawsze byłam odludkiem.

Z Potterem zaznajomiła mnie moja chrzestna. Na Dzień Dziecka dostałam pierwszą część i pochłonęłam ją w dwa dni (szkoła, jak zawsze, na przeciw czytaniu..). Trzeba przyznać, że się wciągnęłam. I to jak! Mieszkaliśmy wtedy w Warszawie, w ładnych blokach na uboczu centrum miasta. Zieleń, ptaszki, pan ochroniarz, podziemny parking. Na tamte czasy to było coś – teraz to już podstawa. Pamiętam, że pod koniec czerwca podszedł do naszego balkonu i miło się zaśmiał, że jego córka też przesiaduje nad tymi książkami pół życia. Nie pamiętam, po raz który wtedy czytałam tą pierwszą część, ale ją znam najlepiej. Każdy szczegół, większość dialogów..

Nie wiem jak to się stało, że nigdy nie kupiłam sobie drugiej części. Ją chyba znam najsłabiej. Bo reszta nie stanowi zagadki. Mogę z detalami opowiedzieć fabułę 3, 4, 5, 6 i 7 części, wtrącając dygresje na ten czy inny temat. Filmy też są na tyle ogarnięte, że te na kasetach VHS już nie działają, a płyty zazwyczaj są na tyle porysowane, że gdyby nie kinomaniak to nie miałabym jak obejrzeć przygód mojej ulubionej trójki.

Z żalem powitałam na półce ostatnią część. Bo była ostatnia. I jakaś taka,, nie potterowa. Brakowało jej magii, mimo tego, że była jej pełna. Brakowało jej wyobraźni, mimo, że człowiek bez niej wielu rzeczy by nie zrozumiał w tej części. Coś w Insygniach Śmierci od początku mi się nie podobało. Czytałam je prawie 2 tygodnie, a kiedy skończyłam – doszłam do wniosku, że żałuję, że razem z Voldemortem nie umarł Harry. Może wtedy Harry Potter stałby się bardziej potterowy. Może wtedy powiedziałabym, że seria skończyła się tak, jak powinna. Że zakończenie nie było typowym happy endem z watą cukrową na tęczowym patyczku..

Może to ten potterowy styl, a może kolejna rzecz łącząca mnie z moją ukochaną Warszawą sprawia, że od 11 lat czytam nieprzerwanie książki Rowling, oglądam ich ekranizacje i nadal jestem zaczarowana. Pod wrażeniem ich inteligencji, nie mogę się powstrzymać przed ponownym zanurzeniem w ten świat.

Perfekcyjnie ilustruje to fakt mojego 3-letniego oczekiwania na 11 urodziny. Można sobie wyobrazić jak bardzo byłam zawiedziona, kiedy nie przyleciała do mnie sowa z listem zapraszającym do Hogwartu. Ale nawet to przeżycie nie skreśliło w moich oczach tych książek. Bądź co bądź – to jedyna fantastyka, którą jestem w stanie znieść..!

Zaskoczona ja

W pierwszej klasie liceum spotykałam się jeszcze z ówczesnym chłopakiem – Bartkiem. Kochałam go na zabój, z reszta nadal żywię do niego głębokie uczucia (szkoda, że nie mogę powiedzieć o nim tego samego). Ale nie o nim jest ta historia.

Liceum jest po gimnazjum czymś dla dziewczyny, co trudno zdefiniować. Z jednej strony czuje, że wchodzi w ten “dojrzały świat”- nauczyciele straszą maturą już od pierwszego dnia, zaganiają do nauki, do zajęć po lekcjach, do jakiś dodatkowych aktywności na rzecz szkoły, pojawiają się już nie byle jakie obowiązki. Z drugiej ma świadomość, że to jeszcze nic. Liceum – to tylko kolejny etap po gimnazjum. Nic wielkiego. Później będą studia, praca, rodzina..

W środku tych wszystkich sprzecznych uczuć byłam ja – całkiem zakręcona, na wpół świadoma samej siebie – ja. Z chłopakiem, koleżankami, ukochanymi dziadkami, którzy właśnie przeprowadzili się bliżej nas. A tu jak na złość – piękny nauczyciel od fizyki (eh, przedmiot znienawidzony, ale nauczyciel..) z czarującym uśmiechem, z ciemnymi oczami. Jak filmowy amant wchodzi do sali po dzwonku i stwierdza, że będzie nas w tym roku uczył fizyki, że ma 23 lata i że chce nas poznać, żeby dobrze nam się pracowało. Odpadłam. No bo jak mogłam nie odpaść?!

Pamiętam, że na koniec każdej lekcji mówił dwóm osobom, że będzie je pytać na następnych zajęciach. Dawał nam przewagę, bo nie tylko uprzedzał, ale naprowadzał nas na to, jakich pytań możemy się spodziewać. Swojej kolejki doczekałam się przed końcem pierwszego semestru. Przygotowana jak nigdy, z pięknie przepisanym zeszytem, po sprawdzeniu obecności zostałam wywołana do jego biurka. Kazał mi usiąść naprzeciw siebie, otworzył mój zeszyt i dokładnie go przejrzał, po czym się uśmiechnął. Usłyszałam wtedy, że jestem diabelnie inteligentna, ale z fizyka to ja nie mam nic wspólnego i że on mi da 5 z odpowiedzi, bo mam ładny zeszyt i podobają mu się moje kolczyki. To była jedna z tych piątek, które podziwiałam do końca roku (druga i ostatnia była z biologii za sprawdzian z mitozy/mejozy).

Chyba każda dziewczyna ma w swoim życiorysie nauczyciela, który wywarł na niej jakieś wrażenie. Mogłam z niego żartować, mogłam wchodzić mu w słowo, mogłam zrywać się z jego lekcji – zawsze miałam ok oceny. Na koniec dostałam 4, za co byłam bardzo wdzięczna. Z radością poszłam wręczyć mu jeden z tych zwiędłych róż za 2 złote, tylko po to, żeby mnie zapamiętał. Pamiętam pieczołowite przygotowania stroju i te kilka słów, które miałam mu powiedzieć w imieniu klasy, że bardzo mu dziękujemy, bla bla bla. W drugiej klasie uczyła nas już podła Magnesica, bo on odszedł ze szkoły z powodu afery ocenowej (klasy podrabiały oceny z fizyki – nasza też – i we wszystkich sprawa się wydała, tylko nie w naszej. No cóż, to ja wpisywałam te oceny, a jak wiadomo – jestem diabelsko inteligentna!).

Do czego prowadzi ten obszerny wpis? Do tego, że dziś, w Dzień Dziecka nie dostałam e-booka, o którym marzyłam, ale odezwał się do mnie właśnie on. Mój licealny, filmowy wręcz, nauczyciel fizyki. Napisał. Pogadaliśmy. Po trzech latach przeszliśmy na “ty”, co było jednocześnie zaskakujące i bardzo miłe. Potraktował mnie tak jak zawsze – jak równą sobie, pytał o plany, o studia, jak poszła matura..

A ja wróciłam myślami do pierwszej klasy liceum i przypomniałam sobie zakochaną w Bartku dziewczynę, która była oczarowana 23-letnim nauczycielem fizyki, który przez dziesięć miesięcy trzymał ją w szachu swoim uśmiechem.

To miłe – tak powspominać. To pomaga sobie uświadomić jak daleko jest się od danego momentu i jak wiele jeszcze można osiągnąć.

Dziękuję, że wreszcie ktoś to powiedział!

Wbrew pozorom nie są to wyłącznie przykre pamiątki po ciąży. Problem ten dotyczyć może również osób, zmagających się z zaburzeniami hormonalnymi, nadmiernym stresem, przewlekłymi schorzeniami wątroby, niedoborami białkowymi, leczonych kortykosterydami, będących w fazie gwałtownego wzrostu lub po prostu – posiadających bardzo delikatną, cienką skórę. W większości przypadków nie jesteśmy w stanie im zapobiec, więc nie wmawiajmy sobie na siłę, że białe paseczki na pośladkach czy udach przekreślają naszą atrakcyjność!

Uwielbiam wynajdować wytłumaczenia.

Zmienność, różnorodność, wielorakość

Podczas pierwszych wieczornych wizyt w pobliskim parku, suto zakrapianych alkoholem, w moją stronę padały pytania o wszystko – czego słucham, jakie filmy oglądam, czemu wolę Warszawę (jakby to było takie dziwne) od tego zadupia, czy mam rodzeństwo lub jaki mam numer miseczki stanika. Wszystko w zależności od ilości spożytego alkoholu.

Jedno z tych ulubionych

Nie słucham jednego rodzaju muzyki. Nie oglądam tylko filmów skandynawskich, a seriale wybieram wg mojego Filmwebowego konta. Eklektycznie. Od muzyki klasycznej, przez heavy-metal, po “Magdę M.”. Systematycznie wzbogacam i urozmaicam moje portfolio zainteresowań, co sprawia, że jestem bardziej elastyczna, mogę się wypowiedzieć, a kiedy ktoś mówi o Bachu – jestem w stanie wymienić mojej ulubione dzieła. Cenię Moneta, ale rozpływam się nad Picasso. Lubię Lorda Byrona, ale jednocześnie potrafię spędzić noc nad Jo Nesbo czy Larssonem (mistrzu!).

Niektórzy mogliby powiedzieć, że człowiek wiedzący coś tam o wszystkim nie wie nic. Ja myślę, że lepiej, żebym wiedziała cokolwiek, żebym coś doceniała i żebym patrzyła z uznaniem na wiele rzeczy, a nie podążała za tłumem i chlubiła się niewiedzą oraz ogólnym przekonaniem, że “Słowacki wielkim poetą był!”.

W gimnazjum polonistka zarzuciła mi, że nie doceniam polskiej literatury. Nie mogła być w większym błędzie! To, że nie przepadam za Sienkiewiczem, a omawiany w liceum Gombrowicz to pomyłka stulecia nie oznaczają, że nie doceniam literatury narodowej. Jako jedyna w klasie przeczytałam “Szewców” Witkacego czy “Wesele” Wyspiańskiego. Co więcej – na prawdę mi się podobało. Lubię Nałkowską, ale nie koniecznie za “Granicę” – ta babka ma na prawdę sporo innych fajnych dzieł! No a Żeromski? “Przedwiośnie” czy “Ludzie bezdomni”.. Lub Prus – ale nie “Lalka”, a “Kamizelka”.

Moją największą wadą w tym społeczeństwie jest to, że doceniam. Że potrafię się zachwycić, że książka mnie porwie i nie będzie chciała oddać, a muzyka wyprowadzi w najszczersze pole, które i tak będę z oczarowaniem oglądać. Moją wadą jest to, że patrzę na naturę jako na miejsce ciszy i samotności (tej pożądanej), a nie jak na kolejny przystanek pijackiej nocy, bo “tam nigdy nie jeździ policja”. Lubię się napić – ale dobrego wina (nie mylić z drogim winem – tanie też są ok, tylko trzeba wiedzieć które), a nie wykręcającej wódki. Nie widzę żadnej rozrywki w rzyganiu następnego dnia i chwaleniu się tym, niczym Złotą Palmą czy Nagrodą Nobla.

A ja po prostu mam podejście eklektyczne, skierowane na wielorakość pod każdym względem i to mnie kręci. GAD DEMYT?!

Najdłuższe wakacje w życiu

Na maturę poszłam wyluzowana. Wysokie obcasy, czarna sukienka. Po raz pierwszy nie musiałam w nieskończoność czekać na przejściu dla pieszych, żeby ktoś mnie przepuścił – panowie zatrzymywali się jeszcze zanim zasygnalizowałam, że mam ochotę wejść na przejście. Rozwiany włos, ulubione czarne okulary i mała czarna torebka. Żaden tam dygot nóg czy spocone ręce. Gdyby nie to, że buty cholernie mnie obtarły to mogłabym powiedzieć, że było jak na tych wszystkich filmach, gdzie (w miarę) ładna dziewczyna przemierza ulice, a tłum rozstępuje się przed nią niczym Morze Czerwone przed Mojżeszem.

Pamiętam, co wtedy usłyszałam: “Albo nie zdajesz sobie sprawy z tego, że na wadzie jest twoje życie albo jesteś tak piekielnie dobrze przygotowana. Nie wiem dotąd jak było, w każdym razie ustne matury zaliczyłam z wynikami 90% (angielski) i 100% (polski). Wyniki pisemnych na koniec czerwca, ale to też mnie nie stresuje. Cokolwiek się stanie – i tak rodzice będą niezadowoleni. Może temu przeświadczeniu zawdzięczam spokój ducha i w miarę udany początek wakacji.

Miałam zamiar zostać przez całe wakacje w domu. Chociaż raz nie musieć nigdzie jechać. Wiem – zaraz ktoś powie, że inni daliby się posiekać za 2 tygodnie na południu Chorwacji. Wiem i rozumiem. Ale ja chciałabym spędzić w spokoju te pierwsze tak bardzo długie wakacje. Bez wyczerpującej jazdy w jedną stronę, a później w drugą. Bez zmiany miejsca wypoczynku po pierwszym tygodniu (fanaberia rodziców- bo chcą więcej zobaczyć..), bez pakowania się i rozpakowywania się. Chciałabym po prostu zostać w domu, posiedzieć na ogrodowym leżaku za domem i poczytać dobrą książkę lub po prostu pójść do Dziadka czy spotkać się z tą minimalną garstką znajomych jakich mam. Moja mama zdecydowała inaczej – nie nadaję się do zostania na 2 tygodnie sama w domu, bo ona “nigdy mnie nie widziała radzącej sobie w takiej sytuacji”. Świetnie – kolejny argument po mojej stronie jeśli nie dostanę się na studia – jak ja bym sobie poradziła w Warszawie czy Krakowie, skoro ona “nigdy nie widziała mnie radzącej sobie w takiej sytuacji”.

Niby to tylko 2 tygodnie z pozostałych 20, ale ten, kto nie zna moich rodziców nie wie, że 2 tygodnie w miejscu, w którym nie mogę się od nich odizolować (patrz: własny pokój, zacisze miejskiego parku, bar sushi czy mieszkanie Dziadka) są 2 tygodniami prania mózgu przez ich kontrolę rodzicielską i idiotyczne zachowania. Nie wliczam w to już mojego 8-letniego brata, dla którego “super-mega-hiper” jest powiedzenie przy wszystkich “pupa-dupa”, bo to rozumie się samo przez się. Po prostu myślałam, że w te wakacje zostanę sama w domu na 2 tygodnie i wreszcie: pogram na komputerze ojca, poprzeglądam zdjęcia i wszystkie inne rzeczy, które nie koniecznie powinna widzieć, wypiję w kuchni butelkę wina bez skonsternowanych spojrzeń i niezręcznego milczenia, zaprowadzę porządek w kuchni (ostatnio odkryłam, że w tej samej szafce mamy 5 torebek tymianku – nieodpakowanych…), wyrzucę wszystkie “brudne” rzeczy z pokoju, pochodzę po domu w staniku i majtkach w czasie upału. No i inne rzeczy. Ale nie – jadę wraz z rodziną do Chorwacji. Niczym Rockefellerowie, będziemy wydawać mamonę, a później będę wysłuchiwać jak bardzo jest nam ciężko finansowo. A ja chcę iść od października NA STUDIA. KTO ZA TO ZAPŁACI?!

No bo na stypendium nie ma co liczyć. Nie ma co patrzeć nawet na strony z opisami poszczególnych. Bo przecież mamy za duży przychód na osobę.

Ja się pytam: GDZIE, DO CHOLERY, SĄ MOJE PIENIĄDZE?! Oh, zapomniałam – aktywnie wspomagamy nimi co roku chorwacką gospodarkę.

124

Manifest feministyczny

femisnot

Jestem Ina. Jestem feministką. Jestem kobietą. Jestem świadoma siebie i swoich praw. Jestem administratorką strony PRO-CHOICE. Jestem za legalizacją aborcji. Jestem za prawem mniejszości seksualnych do małżeństw. Jestem dumna ze swoich poglądów. Jestem fanką White Collar.

Widzicie, Panowie, feminizm to nie choroba. To styl życia. A każda feministka jest normalną kobietą – kobietą świadomą siebie i ubiegającą się o sprawiedliwe, godne traktowanie.

Moje ciało nie jest polem bitwy ani własnością obecnego rządu.