Najdłuższe wakacje w życiu

Na maturę poszłam wyluzowana. Wysokie obcasy, czarna sukienka. Po raz pierwszy nie musiałam w nieskończoność czekać na przejściu dla pieszych, żeby ktoś mnie przepuścił – panowie zatrzymywali się jeszcze zanim zasygnalizowałam, że mam ochotę wejść na przejście. Rozwiany włos, ulubione czarne okulary i mała czarna torebka. Żaden tam dygot nóg czy spocone ręce. Gdyby nie to, że buty cholernie mnie obtarły to mogłabym powiedzieć, że było jak na tych wszystkich filmach, gdzie (w miarę) ładna dziewczyna przemierza ulice, a tłum rozstępuje się przed nią niczym Morze Czerwone przed Mojżeszem.

Pamiętam, co wtedy usłyszałam: “Albo nie zdajesz sobie sprawy z tego, że na wadzie jest twoje życie albo jesteś tak piekielnie dobrze przygotowana. Nie wiem dotąd jak było, w każdym razie ustne matury zaliczyłam z wynikami 90% (angielski) i 100% (polski). Wyniki pisemnych na koniec czerwca, ale to też mnie nie stresuje. Cokolwiek się stanie – i tak rodzice będą niezadowoleni. Może temu przeświadczeniu zawdzięczam spokój ducha i w miarę udany początek wakacji.

Miałam zamiar zostać przez całe wakacje w domu. Chociaż raz nie musieć nigdzie jechać. Wiem – zaraz ktoś powie, że inni daliby się posiekać za 2 tygodnie na południu Chorwacji. Wiem i rozumiem. Ale ja chciałabym spędzić w spokoju te pierwsze tak bardzo długie wakacje. Bez wyczerpującej jazdy w jedną stronę, a później w drugą. Bez zmiany miejsca wypoczynku po pierwszym tygodniu (fanaberia rodziców- bo chcą więcej zobaczyć..), bez pakowania się i rozpakowywania się. Chciałabym po prostu zostać w domu, posiedzieć na ogrodowym leżaku za domem i poczytać dobrą książkę lub po prostu pójść do Dziadka czy spotkać się z tą minimalną garstką znajomych jakich mam. Moja mama zdecydowała inaczej – nie nadaję się do zostania na 2 tygodnie sama w domu, bo ona “nigdy mnie nie widziała radzącej sobie w takiej sytuacji”. Świetnie – kolejny argument po mojej stronie jeśli nie dostanę się na studia – jak ja bym sobie poradziła w Warszawie czy Krakowie, skoro ona “nigdy nie widziała mnie radzącej sobie w takiej sytuacji”.

Niby to tylko 2 tygodnie z pozostałych 20, ale ten, kto nie zna moich rodziców nie wie, że 2 tygodnie w miejscu, w którym nie mogę się od nich odizolować (patrz: własny pokój, zacisze miejskiego parku, bar sushi czy mieszkanie Dziadka) są 2 tygodniami prania mózgu przez ich kontrolę rodzicielską i idiotyczne zachowania. Nie wliczam w to już mojego 8-letniego brata, dla którego “super-mega-hiper” jest powiedzenie przy wszystkich “pupa-dupa”, bo to rozumie się samo przez się. Po prostu myślałam, że w te wakacje zostanę sama w domu na 2 tygodnie i wreszcie: pogram na komputerze ojca, poprzeglądam zdjęcia i wszystkie inne rzeczy, które nie koniecznie powinna widzieć, wypiję w kuchni butelkę wina bez skonsternowanych spojrzeń i niezręcznego milczenia, zaprowadzę porządek w kuchni (ostatnio odkryłam, że w tej samej szafce mamy 5 torebek tymianku – nieodpakowanych…), wyrzucę wszystkie “brudne” rzeczy z pokoju, pochodzę po domu w staniku i majtkach w czasie upału. No i inne rzeczy. Ale nie – jadę wraz z rodziną do Chorwacji. Niczym Rockefellerowie, będziemy wydawać mamonę, a później będę wysłuchiwać jak bardzo jest nam ciężko finansowo. A ja chcę iść od października NA STUDIA. KTO ZA TO ZAPŁACI?!

No bo na stypendium nie ma co liczyć. Nie ma co patrzeć nawet na strony z opisami poszczególnych. Bo przecież mamy za duży przychód na osobę.

Ja się pytam: GDZIE, DO CHOLERY, SĄ MOJE PIENIĄDZE?! Oh, zapomniałam – aktywnie wspomagamy nimi co roku chorwacką gospodarkę.

124

Manifest feministyczny

femisnot

Jestem Ina. Jestem feministką. Jestem kobietą. Jestem świadoma siebie i swoich praw. Jestem administratorką strony PRO-CHOICE. Jestem za legalizacją aborcji. Jestem za prawem mniejszości seksualnych do małżeństw. Jestem dumna ze swoich poglądów. Jestem fanką White Collar.

Widzicie, Panowie, feminizm to nie choroba. To styl życia. A każda feministka jest normalną kobietą – kobietą świadomą siebie i ubiegającą się o sprawiedliwe, godne traktowanie.

Moje ciało nie jest polem bitwy ani własnością obecnego rządu.

Nie śpię, bo oglądam White Collar

Kilka lat temu, a dokładniej 6 wstecz, namiętnie oglądałam “Skazanego na śmierć”. Michael Scofield wraz ze swoim bratem podbili mój serialowy świat i postawili go do pionu uświadamiając, że amerykańskie seriale nie zawsze są idiotyczne i pozbawione sensu. To były czasy, w których nie miałam Internetu w domu, więc ówczesny chłopak przynosił mi odcinki do domu na USB. Miało to jakąś magię. Może przez niego, a może przez to, że nie mogłam obejrzeć wszystkiego na raz.

Dziś jest inaczej. Włączam się do świata nie używając migaczy i pędzę na złamanie karku z bijącym sercem i jedną myślą: “Co będzie dalej?!”. Jeszcze raz obejrzałam “Skazanego na śmierć”, przypominając sobie te miesiące oglądania go z USB i uśmiechnęłam się do siebie. Bo kiedyś nie spałam rozmyślając nad tym, co będzie w następnych odcinkach, które przyniesie mi chłopak. A teraz nie śpię, bo oglądam “White Collar” i dochodzę do wniosku, że to druga fala stawiania mojego serialowego świata do pionu.

Czasem się zastanawiam, co robiłabym bez seriali, bez tego tęsknego wyczekiwania na pierwszy odcinek nowego sezonu, na finał sezonu, na bloopery.. Czy mój świat wyglądałby inaczej? Pewnie tak. Zniknęłyby setki stwierdzeń, takich jak “Wyglądasz jak Eric w długich włosach” czy “Mówisz prosto z mostu jak Ted Mosby o matce jego dzieci”. Pewnie nie byłabym taka wygadana – przecież większość moich powiedzonek pochodzi właśnie z seriali lub z moich przemyśleń na ich temat. No i czym zapełniałabym swoją Facebookową stronę jak nie tematami muzycznymi czy spoilerami na temat jakiegoś tam serialu..

Seriale postawiły moje życie za warkoczyk i uparcie trzymają mnie w pozycji stojącej. Kiedyś usłyszałam, że wolę seriale od prawdziwego życia, bo nie lubię własnego. No cóż – jest w tym stwierdzeniu trochę prawdy. Wolę żyć życiem bohaterów moich ulubionych seriali niż własnym życiem. Bo tam jestem obserwatorem i nie muszę nic robić – tylko patrzeć i przeżywać!

“Maniuś, znów mamy wiosnę!”