Wampirzy wiking, zdjęcia, filmy i piaskowe lody

255570_10151112913393563_125015410_n

1.

Zmartwił mnie fakt, że Sookie wyprosiła Erica ze swojego domu, sugerując mu, że nie należy do tej części jej życia, którą chce odzyskać. Pocieszył mnie jej zamach na Billa, bo to znów sugeruje, że to może nie koniecznie on będzie tym, z którym zobaczymy naszą wróżkową kelnerkę na koniec Czystek Krwi. Oprócz wyjaśnienia Pam dlaczego nienawidzi plaż, skupiłam swoją uwagę na naszym wikingu i jego wyznaniu na schodach domu Sookie. Serio, jeśli każdy szwedzki facet wygląda tak jak Alexander Skarsgard to już wiem, skąd zaczną moje poszukiwania hipotetycznego męża.

2.

Nigdy bym nie powiedziała, że lody mogą być “piaskowe”. Kupiłyśmy ze znajomą śmietankowe stracciatella Algidy i, pełna powaga, smakują tak, jakby były zaopatrzone w porządną łopatę piasku. Są dobre, ale to uczucie.. Nie jestem kotem – piach nie powala mnie na kolana!

3.

Wzbogacam swoje filmwebowe konto kolejnymi filmami. Tymi do obejrzenia i tymi, które już zobaczyłam. Mój gust jest dla wielu naganny, bo wśród dramatów, kostiumowych czy komedii romantycznych znajdują się filmy fantazy, horrory czy biografie. Cóż poradzę – moje pięć różnych charakterów pisma od zawsze sugerowało, że mam rozchwianą naturę…

4. (zastanawiam się czy da się ten punkt krótko ująć…)

Facebook mi nie pomaga! Nie pomaga, nie pomaga, nie pomaga! Czasem zastanawiam się jak to będzie, kiedy kiedyś mi przejdzie ta “wielka miłość” do kogoś, kto na prawdę ma mnie daleko. Cała sprawa o to, że ktoś polubił zdjęcie kogoś, na którym był ktoś inny i kawałek Bartka. Wiecie co, nic by w tym pewnie takiego nie było gdyby nie fakt, że sama zdałam sobie sprawę z idiotyzmu tej sytuacji: facet nie ma do mnie już żadnych uczuć, a ja rozpoznaję go na zdjęciu, na którym nie widać jego twarzy, tylko po sposobie trzymania telefon i po dłoniach. Czy to zakrawa na obsesję? Przecież rozstaliśmy się 2 lata temu…

5.

Po rozstaniu z Masterem, koleżanka trzeźwo doradziła mi założenie konta na portalu randkowym. Okazało się, że osoby przeglądające mój profil są grupą docelową 40+. Martwi mnie to. Martwi mnie również trzeźwość mojej koleżanki. I moja.

6.

Czy wszędzie jest tak strasznie duszno?!

“Pamiętaj, że już nigdy nie będzie tak samo”

Kiedy miałam 3 miesiące moja mama zdawała maturę. 5 miesięcy później poszła na studia. Ja zostałam pod opieką dziadków – jej rodziców. Dali jej szansę, lekceważąc poniżające komentarze wiejskiej opinii publicznej o rodzicach puszczalskiej panny. Dali jej możliwość do prowadzenia własnego życia, do rozwijania się. Minęły ją moje pierwsze niezdarne kroczki, pierwsze słowa. No i to nie do niej powiedziałam “mama”, a do Babci – kobiety, którą od początku uznawałam za własną matkę. Biologia nie ma tu nic do rzeczy – sory, Matko Naturo, ale ssiesz i to tak mocno, że nie da się wytrzymać.

Przez pierwsze lata mieszkałam z dziadkami i muszę powiedzieć, że nie umiem sobie wyobrazić fajniejszego dzieciństwa niż to, które było mi dane. Pełne miłości, oddania i szacunku, nauczyło mnie samodzielności i dobrego zachowania. Stałam się w całej otaczającej mnie miłości dziadków samowystarczalna i zadowolona z samej siebie. Byłam wtedy grubiutką blondyneczką w przydługiej koszulce z Kaczorem Donaldem i Chupa Chups w buzi. Obraz szczęścia i spełnienia. W tle przemykali dziadkowie. Dziadkowie, którzy dbali o to, żebym była szczęśliwa, najedzona i żeby mi niczego nie brakowało. Szczerze mówiąc to byłam tak rozpieszczana jak tylko się dało. Nie mogłam mieć nic gorszego od innych dzieci, nawet jeśli to, co już miałam w zupełności wystarczało i nie potrzebowało być zamienione.

Wszystko, co dobre kiedyś się kończy. Po 6 latach moja mama, już po ślubie z moim ojcem (o bosz..), upomniała się o swoją córkę. Z dnia na dzień zostałam zabrana od dziadków, którzy podobnie jak ja bardzo przeżyli fakt rozłąki.

Skończyło się spanie do późna, skończyły się obiady o stałej godzinie czy czas na długie spacery. Bieg z wywieszonym językiem do autobusu, popędzanie i bóle żołądka. Kiedy po 3 miesiącach przyjechaliśmy do dziadków, Babcia zaczęła moje intensywne dokarmianie. Zmarniałam. Byłam blada, bez uśmiechu, wszystko na mnie wisiało, bo znacznie schudłam. I jakaś taka zmęczona też byłam. Dziadkowie próbowali protestować, ale mama była nieugięta. Do szkoły mam chodzić w Warszawie. W końcu to ona jest matką! Szkoda tylko, że zostawiła mnie u dziadków i nic ją nie obchodziłam. Dziadkowie przegrali bitwę, a ja wróciłam do Warszawy i dalej kontynuowałam morderczy bieg.

Po roku mieszkania w trójkę zaczęło brakować nam pieniędzy. Mama pracowała w szkolnej świetlicy, ojciec w Leroy Merlin – nie oszukujmy się, kokosów nie było. Życie w Warszawie jest kosztowne, kiedy się udaje, że ma się kasę na wszystko. A tak właśnie robili moi rodzice.

Praca znalazła się sama. Wujek, mąż siostry ojca, miał wakat w swojej firmie. Ojciec bez wahania przyjął propozycję i w ciągu kilku miesięcy zostałyśmy z mamą w Warszawie same. Cholera, to był najlepszy czas  – bez ojca!

Nie trwało to długo – mama zaszła w ciążę i źle ją znosiła. Byłyśmy same, ona się bała. I tak właśnie, po wielu tłumaczeniach usłyszałam, że mam 10 lat i muszę być już dużą dziewczynką, bo niedługo będzie nas więcej i będę musiała być samodzielna.

“Pamiętaj, że już nigdy nie będzie tak samo”, powiedziała mi Babcia w czasie jednych z tych kilku szczęśliwych wakacji, które spędziłam u niej i u Dziadka na wsi. Ona od początku wiedziała, że moja pozycja w domu jeszcze bardziej spadnie. Nie myliła się, bo po urodzeniu się Szymka (mój brat – bożyszcze) na prawdę nic nie było już takie samo. Musiałam pukać do pokoju rodziców gdzie mama opiekowała się bratem. W domu obowiązywał kompletny zakaz korzystania z kuchni czy łazienki po zaśnięciu dziecka. rano wszyscy chodzili na palcach i szeptali. Dostawał wszystko, co najlepsze. A ja codziennie dzwoniłam do Babci. Tylko rozmowy z nią dawały mi trochę radości. Bo nagle okazało się, że jestem zdana sama na siebie i że nie ma szans, żebyśmy widzieli się częściej niż 2 razy w roku.

Ktoś się może zapytać: “Po co to wszystko rozpamiętywać 9 lat później”. Wiem, jestem teraz już dorosłą osobą, odpowiadam za siebie, właściwie to moje życie jest tylko w moich rękach. Ale to tylko wspomnienia. A dlaczego wspominam? Bo to najpiękniejsze wspomnienia jakie mam z Babcią. Szczęśliwe dzieciństwo, te rozmowy, które podtrzymywały mnie na duchu, wakacje, na które czekałam cały rok czy pełne magii Boże Narodzenie każdego grudnia.

Babcia nie żyje. Umarła 8 miesięcy temu na raka. 16 każdego miesiąca jest pełen tych wspomnień. I rozklejam się tu, bo w rzeczywistości muszę się trzymać. Bo mogła umrzeć moja Babcia-Mama, ale został jeszcze Dziadek-Tato. A ktoś tu się musi trzymać.

Bo nawet jeśli z Babcią odeszła jakaś część mnie to nadal tu jestem. Wybrakowana i jakoś biedniejsza, ale pełna wspomnień. Żałuję tylko, że nigdy nie zobaczyła jak odbieram nagrodę na koniec liceum, że nie zobaczy mnie na studiach.

To boli, tak po prostu.

65 minut z poranka

Budzik zadzwonił niemiłosiernie głośno. Zamilkł, wyłączony moją dłonią. Westchnięcie, przeciągnięcie – zaczyna się. Wszystko mnie swędzi, każdy kawałek ciała. Oglądam się i nie poprawia mi to humoru – przez noc pokazały się nowe plamy. Cholera.

Idę z kubeczkiem do toalety i sikam. Nienawidzę sikania do kubeczka, nie przekonuje mnie to. Cóż, dostałam zlecenie badań, ok – podporządkuję się. Myję twarz i pocieszam się tym, że przynajmniej ona nie jest czerwona od plam. Do łazienki puka mama: Długo ci jeszcze zejdzie? Uwijam się szybko i wychodzę. Szkoda, że nie zaszczyciła wzrokiem mojej czerwonej, swędzącej osoby: Tak się nie wyspałam… Fajnie, mamo, ale trzymam plastikowy kubek pełen uryny i nie mam ochoty na pogawędki. Mijam ją i zamykam drzwi do pokoju.

W co się ubrać? Za oknem ciepło, a jest dopiero 15 po siódmej. Gdyby nie plamy na udach – założyłabym krótkie spodenki. Zakładam dżinsy i ubolewam nad stanem moich ramion. Muszę się ubrać jak zakonnica. Decyzja zapadła – bluzka na ramiączka i na to sweter. To nic, że ciepło. Nie mogę znieść myśli, że inni mieliby zobaczyć moje ciało w TAKIM stanie. Tusz do rzęs, trochę pudru, pomadka. Okulary, torebka. (Czy zawartość kubeczka się nie wyleje? – dodatkowa reklamówka!)

Jest tak strasznie ciepło, te spodnie i sweter są tragiczne! Ludzie dziwnie się na mnie patrzą i zastanawiam się czy nie zdjąć swetra. Idę w górę ulicy i staram się ignorować gapiów. Oglądam zaparkowane samochody. Biały maluch, znajoma rejestracja. Daleko od mojego domu, ale nadal na mojej ulicy. No tak – były chłopak. Zrobiło mi się nieprzyjemnie.

Zdejmuję sweter. Nie jestem pewna tego ruchu, te ramiona nie wyglądają najlepiej, ale pod swetrem tak strasznie mnie swędzą. Wchodzę w cień – trochę lepiej. Dziękuję! Jeszcze tylko zakręt. Pędzę jak szalona. Wypadła mi słuchawka z ucha – wkładam ją. O – brama szpitala.

Przez portiernię wchodzę do ciemnego korytarza. Pytam się, kto jest ostatni do pobierania krwi. Rękę podnosi pani w ciąży. Pani w ciąży przesiada się na krzesełko wcześniej. Dziękuję za zrobienie mi miejsca. Pyta się, co stało mi się w ręce i czy to nie różyczka, bo “wie pani, ja jestem w ciąży”. Nie, nie wiem. Wcale nie widać tego wielkiego brzucha spod pani sukienki. Z uśmiechem zaprzeczam. Czuję jej wzrok na sobie, tak samo jak innych. Czy oni na prawdę nie widzieli nigdy wysypki, jestem jedyna na świecie?

Kolejka posuwa się szybko, ale nie na tyle, żebym nie mogła poobserwować innych pacjentów. Są tu starsze panie rozwiązujące krzyżówki, starsze panie, które na siłę próbują ze wszystkimi rozmawiać, starsze panie, które nic nie mówią i na nikogo się nie patrzą, małe dzieci, które są przestraszone perspektywą igły, panie w ciąży, które trzymają ręce na brzuchach, całkowicie pozbawieni wyrazu panowie, wyglądający jakby nie mieli nic do stracenia. Jest też jeden pan, koło 30 – wygląda całkiem nieźle. Przygląda mi się (a to nowość…), uśmiecha się. Uśmiecham się z podziękowaniem za ten miły gest otuchy.

Wchodzę do gabinetu: Stanowisko nr 2. Pielęgniarka wygląda na uprzejmą. Podaję jej skierowanie, wstukuje coś do komputera: Ma pani materiał na badanie moczu? Fuck! – pieprzone siki! W duchu modlę się, żeby nie były wylane. Nie są! Wyciągam pojemniczek i stawiam go na blacie. Proszę usiąść. Niebieska opaska na moim ramieniu jest niemiłosiernie zaciągnięta, a moja wysypka tego nie toleruje. Odkażanie skóry – psyk!, psyk! Dźwięk rozdzieranego opakowania od igły zlewa się z pytaniem pielęgniarki o przyczynę mojej wysypki. Widzę już tylko ścianę, nie chcę patrzeć się na przelewanie mojej krwi. Niestety, będę cierpieć: Jak ja mam się pani tu wkłuć jak pani nie ma w ogóle żył? Po klepaniach i innych zabiegach pojawia się słaba żyłka.

Przyciskam wacik. Mam zaczekać w holu przez trzy minuty, a potem mogę sobie iść. Wszystko znów mnie swędzi. Starsza pani stwierdza, że powinnam być na oddziale zakaźnym. Zdecydowanie nie zasługuje na moje spojrzenie. W okienku recepcji dowiaduję się, że wyniki ze zlecenia będę jeszcze tego popołudnia. Odchodzę, wyrzucając wacik do kosza.

Słońce niemiłosiernie pali moją pieprzona wysypkę. Jest 8.05, a ja nierozważnie idę okrężną trasą do domu. Nie chcę widzieć jego samochodu. Wystarczy.

Znów wszyscy się na mnie patrzą, a ja myślę, że zjem sobie w domu kanapkę z dżemem, popiję herbata i że chyba powinnam jednak pójść krótszą trasą, bo skóra aż iskrzy.

Zdeprawowana heretyczka

gay-jesus

Wspominając liceum nie mogę pominąć pierwszej i drugiej klasy. Trzeba przyznać, że jak na miłą, uprzejmą dziewczynę z dobrego domu (o rany, jak to brzmi..) zalazłam za skórę nie jednemu nauczycielowi. Trzeba również przyznać, że po części była to moja wina. Bo trzeba przyznać, że nie musiałam iść do liceum, które było kiedyś pod jurysdykcją, i to bardzo silną, kościoła. Notabene – znajdującego się do szkoły jakieś 200 metrów dalej. Więc jakby na to tak obiektywnie popatrzeć to moje zatargi z nauczycielami względem religii były po części rezultatem złego doboru szkoły.

Jako redaktor naczelna szkolnej gazetki musiałam być obiektywna, ale musiałam tez bronić jej interesu. Pech tak chciał, że zostałam wybrana prawie jednogłośnie, że chciałam się użerać z pozostałymi osobami z gazetki i z.. nauczycielami. Bo oni mącili najwięcej!

Cholera! Myślałam, że skoro pieniądze dostajemy od Rady Rodziców (i to nie całe, a tą mniejszą połowę – sknery jedne) to nauczyciele nie mają nic do powiedzenia, a przynajmniej nie mają decydującego głosu. Tak więc wielkie było moje zdziwienie, kiedy po wydaniu pierwszego numeru zostałam wezwana na “dywanik” do mojej polonistki, opiekunki zespołu redakcyjnego (BTW, serio? Ta kobieta nic z nami nie robiła i mimo, że ją lubię to nie można się było doprosić ŻADNEJ pomocy). Rozmowa była bardzo uprzejma, zebrałam wiele pochwał dla zespołu, dostałam listę ewentualnych tematów, o których można by było napisać w następnym numerze. Ogólnie – było miło jak w dzień dziecka. Później zrobiło się mniej miło. Dostałam naganę za propagowanie treści antykatolickich, zwrócono mi uwagę, że w szkole o tak wysokim poważaniu dla kościoła felieton jednej z koleżanek o świętach w stylu “dzień dinozaura”,  itp. jest nie do pomyślenia, bo trąci tutaj heretyzmem. Szczerze? Ja tego tak nie pojmowałam. Na kilkudziesięciu stronach zgromadziłam wiele świetnych tekstów – ten był po prostu jednym z nich, umieszczony na samym końcu niczym felieton Magdy Gessler w Newsweeku – dla ROZRYWKI! A tu się nagle okazało, że jestem heretykiem i antychrystem (nie to, żeby to nie była prawda – ale kogo obchodzi moja prywatność? Przecież jej tam nie zamieszczałam.). Ze spuszczoną głową wysłuchałam słów pocieszenia, po czym nabuzowana poszłam na następną lekcję. Tak akurat wypadło, że była to religia. No i się zaczął 2-letni bój.

Nie lubię się kłócić ze starszymi. Wychowano mnie w ogólnym szacunku dla tych, którzy mają trochę więcej lat ode mnie. Religia. Po serii modlitw i dziękczynień powitalnych (czemu po prostu nie powiemy sobie “dzień dobry, proszę usiąść”?) siostra zaczęła mówić, że uczyła już wiele klas, ale że nasz rocznik zapowiada się na prawdę źle. Cała klasa wiedziała już o nieprzychylnej reakcji nauczycieli (a raczej tych bardziej religijnych) na nowy numer gazetki; jedna z dziewczyn z zespołu próbowała coś zażartować, że jeszcze się wyrobimy, że nie będzie z nami tak ciężko. Siostra zagroziła uwagą i zaczęła komentować dalej. Że święta są tylko religijne i państwowe i że tylko te powinniśmy obchodzić. Że jeśli ktoś jest zdeprawowany i niemoralny to nie powinien piastować żadnych stanowisk w miejscach publicznych, bo to nie uchodzi. No i oczywiście ja, jak to ja, nie mogłam wysiedzieć i stwierdziłam, że jeśli siostra chce mi napluć w twarz swoją przepełnioną kultem śliną to proszę bardzo, ale niech zrobi to z godnością, a nie zasłania się stertą słów. Tym razem wylądowałam na dywaniku, ale u pani pedagog. Właściwie to od tamtej pory miałam wpis w dzienniku, że mam pojawiać się u niej raz na tydzień w celu rozmowy rozpoznawczej. Tak na prawdę miałam prany mózg w kwestii religii, a każdy mój ruch był sprawdzany.

Od tamtej pory moja praca była rzetelnie sprawdzana, a kiedy w drugiej klasie składałam materiał na gazetkę na jubileusz szkoły każdy pojedynczy tekst musiałam przynieść do opiekuna i razem z nim sprawdzić. Nie straciłam jednak pozycji w szkole. Oczywiście kasta religijna mnie wyklęła i zabijała na każdej przerwie wzrokiem, ale ci, którzy mieli podobne poglądy do moich nie szczędzili na pochwałach i wsparciu.

Dostało mi się. Za to, że nie wierzę. Bo nie wierzę. W Boga, w gwizdek od czajnika, w nic czego realnego wpływu na moje życie nie mogłabym zobaczyć. Wierzę w siebie, a te manipulacje, te cotygodniowe wizyty u pedagog, sprawdzanie nie, oskarżanie – tylko wzmocniło we mnie poczucie, że religia nic mi nie daje.

A wszystko przez to, że w pierwszym numerze szkolnej gazetki umieściłam tekst, który miał zostać potraktowany jako żart. Niestety, został potraktowany bardzo serio i bardzo nie fair.

O czym to miało być? A tak, miałam napisać, czego nie zapomnę z liceum… Kolejna garść myśli o tym, co już za mną.

-A co by siostra powiedziała, gdyby Jezus był gejem?

-Geje to pomioty szatana, dlatego Jezus na pewno nie był gejem!

Never say “no” to panda

Panda na zdjęciu jest prawdziwa. W Chinach istnieje tzw. „Panda Diplomacy”. Zwierzęta te wysyłane są np. do Japonii jako gest przyjaźni w celu poprawienia stosunków.