Nie śpię, bo oglądam White Collar

Kilka lat temu, a dokładniej 6 wstecz, namiętnie oglądałam “Skazanego na śmierć”. Michael Scofield wraz ze swoim bratem podbili mój serialowy świat i postawili go do pionu uświadamiając, że amerykańskie seriale nie zawsze są idiotyczne i pozbawione sensu. To były czasy, w których nie miałam Internetu w domu, więc ówczesny chłopak przynosił mi odcinki do domu na USB. Miało to jakąś magię. Może przez niego, a może przez to, że nie mogłam obejrzeć wszystkiego na raz.

Dziś jest inaczej. Włączam się do świata nie używając migaczy i pędzę na złamanie karku z bijącym sercem i jedną myślą: “Co będzie dalej?!”. Jeszcze raz obejrzałam “Skazanego na śmierć”, przypominając sobie te miesiące oglądania go z USB i uśmiechnęłam się do siebie. Bo kiedyś nie spałam rozmyślając nad tym, co będzie w następnych odcinkach, które przyniesie mi chłopak. A teraz nie śpię, bo oglądam “White Collar” i dochodzę do wniosku, że to druga fala stawiania mojego serialowego świata do pionu.

Czasem się zastanawiam, co robiłabym bez seriali, bez tego tęsknego wyczekiwania na pierwszy odcinek nowego sezonu, na finał sezonu, na bloopery.. Czy mój świat wyglądałby inaczej? Pewnie tak. Zniknęłyby setki stwierdzeń, takich jak “Wyglądasz jak Eric w długich włosach” czy “Mówisz prosto z mostu jak Ted Mosby o matce jego dzieci”. Pewnie nie byłabym taka wygadana – przecież większość moich powiedzonek pochodzi właśnie z seriali lub z moich przemyśleń na ich temat. No i czym zapełniałabym swoją Facebookową stronę jak nie tematami muzycznymi czy spoilerami na temat jakiegoś tam serialu..

Seriale postawiły moje życie za warkoczyk i uparcie trzymają mnie w pozycji stojącej. Kiedyś usłyszałam, że wolę seriale od prawdziwego życia, bo nie lubię własnego. No cóż – jest w tym stwierdzeniu trochę prawdy. Wolę żyć życiem bohaterów moich ulubionych seriali niż własnym życiem. Bo tam jestem obserwatorem i nie muszę nic robić – tylko patrzeć i przeżywać!

“Maniuś, znów mamy wiosnę!”